piątek, 25 stycznia 2019

"Setna królowa: Setna królowa" Emily R. King OD 25 STYCZNIA W KSIĘGARNIACH

Chciał  wojowniczej królowej. Dostał rewolucjonistkę.

Osiemnastoletnia Kalinda jest sierotą wychowaną w zakonie, której przeznaczono życie w samotności i modlitwie. Dziewczyna cierpi na częste gorączki, przez co nie nadaje się nawet na służącą, nie mówiąc o, kurtyzanie czy żonie..

Los Kalindy odmienia wizyta potężnego tyrana Radży Tarka. Nagle dziewczyna musi opuścić zakon i wyruszyć na pustynną wyprawę, która zaprowadzi ją prosto do haremu. Jako setna żona będzie walczyć o pozycję królowej z pozostałymi dziewięćdziesięcioma dziewięcioma żonami i licznym kurtyzanami. Jedyną pociechą odnajdzie w osobie strażnika Devena.

W obliczu niebezpiecznego turnieju na śmierć i życie oraz uczucia, które żywi do młodego kapitana, Kalinda ma tylko jedną nadzieję na ucieczkę. Musi obudzić w sobie tajemną i zakazaną moc.

"Setna królowa" to pierwsza część serii "Setna królowa", autorstwa Emily R. King. Książka ukazała się 25 stycznia w księgarniach, nakładem Wydawnictwa Kobiece

Od autorki

Parijana, religia Imperium Tarachandu, to fikcyjny system wierzeń wywodzący się z mitologii sumeryjskiej. Niemniej ani Tarachand, ani parijana nie odzwierciedlają żadnego konkretnego okresu historycznego, państwa czy wyznania. Wszelkie inne nawiązania do istniejących systemów religijnych i politycznych są przypadkowe, a podobieństwo do rzeczywistych osób i wydarzeń jest niezamierzone. 

 Rozdział 1

Ośnieżone szczyty gór zdają się rozszarpywać szare niebo jak kły rosomaka. Zimny wiatr kąsa moje odkryte policzki i dłonie. Oszroniony dziedziniec świątynny opustoszał i ze wszystkich córek i sióstr, które tu mieszkają, zostałyśmy na nim tylko ja i moja najlepsza przyjaciółka.
– Uderz mnie tutaj – mówi Jaya, wskazując na swoją szyję.
Marszczę brwi i mocniej zaciskam palce na bambusowym kiju.
– Robiłam to tysiąc razy – uspokaja mnie. – Zaufaj mi, Kalindo.
Jaya jest jedyną córką w świątyni, której naprawdę ufam, więc robię szeroki zamach i celuję w jej żyłę szyjną. Odpiera atak, chwytając kij obiema rękami i gwałtownie ciągnąc go ku sobie, a wraz z nim także mnie, bo wciąż trzymam za jego drugi koniec. Kolejnym szarpnięciem, tym razem w górę, wyrywa mi broń i zadaje cios dłuższą częścią kija. Bambus ląduje z głuchym trzaskiem na moich łopatkach, a ja padam na kolana w śnieg.
Jaya się prostuje. Jest niższa ode mnie o głowę.
– Trzeba było puścić.
Zgrzytam zębami. Jaya wcale się nie chełpi. Wie, że muszę opanować ten manewr – jeden z kilku, które już dawno powinnam znać, i pewnie by tak było, gdybym przez kilka lat nie leżała złożona chorobą. Teraz już wydobrzałam, choć moje umiejętności zdają się temu przeczyć.
Podnoszę się z klęczek, czując piekący ból w plecach, choć bardziej ucierpiała moja duma.
– Jeszcze raz.
Jaya podaje mi kij i pociera dłonie, żeby je rozgrzać. W poprzednich wcieleniach musiałam się nadzwyczajnie przysłużyć bogom, skoro nagrodzili mnie taką przyjaciółką. Na moją prośbę gotowa jest stać na mrozie, znosząc srogą zimową aurę gór Alpanów.
Jeszcze raz się na nią zamierzam, a ona bez najmniejszego wahania chwyta za kij i szarpie ku sobie. Nie puszczam, więc teraz trzymamy go obie, stojąc naprzeciwko siebie, a nasze srebrzyste oddechy zderzają się ze sobą w lodowatym powietrzu. W głowie mam pustkę. Pamiętam swój ostatni rysunek i ostatnią przeczytaną książkę, ale nie mogę sobie przypomnieć, co powinnam teraz zrobić.
– Szybko przekręć i pociągnij – podpowiada Jaya.
Błyskawicznie obracam kijem, wykręcając nadgarstki Jayi, która musi wypuścić go z rąk. Wreszcie zyskuję przewagę. Uderzam krótszą częścią kija w jej klatkę piersiową. Siła ciosu odrzuca Jayę do tyłu. Traci równowagę, pośliznąwszy się na zamarzniętej kałuży, ale zanim upada, chwytam ją za ramię.
– Wybacz – mówię. – Powinnam była cię ostrzec.
– Postąpiłabym tak samo. – Kącik jej ust unosi się lekko. – Ale pozwoliłabym ci upaść.
I słusznie. Nie mogę być nieprzygotowana do jutrzejszych prób kunsztu, żeby nie wyśmiały mnie przeciwniczki na arenie. Wystarczającym upokorzeniem był trening z młodszymi, początkującymi dziewczętami, które w dodatku mnie pokonały. W końcu dwa dni temu wygrałam walkę i przeszłam do własnej grupy wiekowej, ale wciąż jestem niedoświadczona w porównaniu z innymi osiemnastolatkami.
Grzbietem dłoni ocieram czoło – na szczęście chłodne. Czuję się lepiej, odkąd uzdrowicielka Baka sporządziła tonik obniżający moją chroniczną gorączkę, ale muszę nadrobić sporo straconego czasu i dowieść swoich umiejętności.
– Jeszcze jedna runda? – pytam.
Jaya odsuwa hebanowe włosy z oczu i odbiera mi kij.
– Tym razem przekonajmy się, czy tobie uda się powstrzymać mnie – mówi.
Przyjmuję jej wyzwanie z szerokim uśmiechem. Jaya dobrze wie, że techniki obronne są moją mocną stroną. Próbuje podnieść mnie na duchu i za to właśnie, o święci bogowie, tak bardzo ją kocham. Nagle za wysokim kamiennym murem świątyni rozlega się jakiś hurkot, jakby ktoś kruszył skały. Zamieramy w bezruchu i nadstawiamy uszu.
Jaya wlepia we mnie wzrok.
– Wozy.
Mówiąc o wozach, ma na myśli gości, a dokładniej – mężczyzn. Wsłuchuję się uważniej w odgłosy zwiastujące ich nadejście. Płeć męską otacza wiele tajemnic, lecz we mnie wzbiera raczej ciekawość niż obawa. Łapię za procę i ruszam w stronę bramy.
– Kali, zaczekaj! – Jaya ciągnie mnie do tyłu. – Sama nie możesz wyjść.
– Więc chodź ze mną.
Przygryza dolną wargę. Rzucam okiem na bramę. Nie mamy zbyt wiele czasu. Siostry spostrzegą naszą nieobecność i przyjdą nas szukać. Świątynię zbudowano bez okien, co miało pomóc w przetrwaniu długich zim i służyć ochronie naszej niewinności – lub trzymaniu nas w nieświadomości. Właśnie nadarzała się pierwsza, a może i jedyna szansa, aby choć zerknąć na przybyszów.
Spojrzenie Jayi mknie ku bramie.
– Dobrze. Ale szybko.
Z rozmachem otwieramy furtkę i wybiegamy na wychodnię, z której widać drogę – jedyną, jaka prowadzi do świątyni Samiya. Przykucamy nisko, chowając się w zaroślach. Ja drżę z podniecenia, a Jaya z zimna, bo wieje lodowaty wiatr. Miarowe terkotanie staje się coraz głośniejsze. Na wszelki wypadek wkładam kamień do procy. Siostry ostrzegały nas przed bhutami, kryjącymi się w pobliskich jaskiniach. Nikt jeszcze nie widział tych upiorów o mrocznych mocach, ale wolę być przygotowana.
Na horyzoncie pojawia się karawana z prowiantem – sznur ciągniętych przez konie wozów wyładowanych towarami. Z głodu burczy mi w brzuchu. Od ostatniej dostawy świeżej żywności upłynęły trzy miesiące.
Jaya szturcha mnie łokciem.
– Kali, spójrz.
Pozłacany kryty powóz zaprzężony w jasne konie wlecze się drogą pod górę. To najpiękniejszy widok, jaki kiedykolwiek miałam przed oczami, a mimo to przeszywa mnie nagły dreszcz. Nie ma wątpliwości, kto podróżuje tym zaprzęgiem. Do Samiyi przybywa ktoś z elity imperium, a benefaktorzy* pokonują drogę z doliny tylko w jednym celu. Aby dokonać Powołania.
Jaya robi tak nachmurzoną minę, że na jej dolnej wardze mógłby wylądować żuraw. Ja wychowywałam się w Siostrzeństwie Parijany od niemowlęctwa, ale ją przywieziono do świątyni jako ośmiolatkę. Kiedy opowiedziała mi o swoim wcześniejszym, strasznym życiu, nie mogłam się uspokoić przez parę następnych dni.
Naszym oczom ukazuje się kilku jeźdźców. Serce bije mi mocniej. Najwyraźniej widać żołnierza jadącego na przedzie; ma długie nogi, wąskie biodra i potężną klatkę piersiową. To pierwszy mężczyzna, jakiego widzę na własne oczy. Nie mogę oderwać od niego wzroku. Fascynuje mnie bardziej niż malowidła na ścianach kaplicy przedstawiające Anu, boga niebios, i jego syna Enlila, boga ognia. Chcę mu się przyjrzeć z bliska.
Trzymając procę w pogotowiu, podnoszę się, żeby mieć lepszy widok, a wtedy dostrzega mnie kapłanka Mita, nasza przełożona, i natychmiast nas ku sobie przywołuje. Jaya rusza niezwłocznie, a ja się ociągam z nadzieją, że zdołam rzucić jeszcze jedno spojrzenie na żołnierza-dowódcę, ale już mi się nie udaje dostrzec jego twarzy.
– Kalindo – cedzi przez zęby kapłanka.
Spieszę na dziedziniec. Jaya sięga po dwie donice z roślinami, które wyniosła na słońce, i każdą z nich przyciska jedną ręką do boku. Kapłanka Mita ponagla nas i kieruje w stronę ciemnego wejścia do świątyni. Smużki dymu unoszą się znad kadzidełek, które zawsze palą się w korytarzu, aby stłumić zapach stęchlizny. Przełożona podaje nam zapalone lampy naftowe.
– Co robiłyście za murami? – Władczość tej niskiej, przygarbionej kobiety mogłaby wstrząsnąć górą.
Stawiam czoło jej nachmurzonej minie.
– Jaya pomagała mi się przygotować do jutrzejszych prób kunsztu.
– Co zobaczyłyście na drodze?
– Nic.
Widzę, jak nozdrza jej się rozszerzają.
– Czy to prawda, Jayu?
Jaya spuszcza wzrok.
– Tak, kapłanko.
Wzrok kobiety łagodnieje. Bardziej wierzy Jayi niż mnie. W zeszłym roku przyłapała mnie, gdy zakradłam się do północnej wieży. Miałam już dość ciągłego leżenia w łóżku i często wymykałam się do zakazanego obserwatorium, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Wchodziłam tam na paluszkach od lat, aż pewnej nocy przydybała mnie na klatce schodowej. Od tamtej pory wieża jest zamknięta na cztery spusty, a w niej – zaufanie Mity do mnie.
– Jayu, idź na wieczerzę – rozkazuje kapłanka.
Moja przyjaciółka posyła mi niepewne spojrzenie i odchodzi korytarzem, oświetlając sobie drogę lampą.
Kapłanka Mita świdruje mnie spojrzeniem.
– Wiesz przecież, że nie należy opuszczać murów świątyni, Kalindo – beszta mnie, po czym dodaje ostrożniejszym tonem: – Czy jesteś zadowolona z pobytu tutaj?
– Tak, kapłanko.
To mój dom. Wspięłabym się na najwyższy szczyt Alpanów, aby go chronić, ale gdyby tylko nadarzyła się okazja, zrobiłabym to samo, żeby raz jeszcze spojrzeć na tamtego żołnierza. Odsuwam lampę od twarzy, chcąc ukryć rumieniec.
Kapłanka Mita cmoka językiem.
– Skup się na lekcjach, swoich siostrach i modlitwach. Którą z pięciu boskich cnót bogowie cenią najwyżej?
– Posłuszeństwo – mamroczę. Nie dodaję, że wątpię, aby bogowie życzyli sobie całkowicie pozbawić nas możliwości wyboru. A jednak, jeśli chodzi o Powołanie, żadna z nas nie ma nic do powiedzenia.
– Lepiej pamiętaj, gdzie twoje miejsce – kończy i przegania mnie gestem, a sama się oddala, aby powitać przybyłych.
Wpatruję się w zamknięte drzwi wiodące do świątyni. Mogłabym je lekko uchylić i po raz ostatni zerknąć na mężczyzn, ale wiem, jakie miałam szczęście, że kapłanka Mita mnie nie ukarała. Nie chcę jej prowokować.
Oświetlam sobie drogę do jadalni. Moje kroki niosą się echem po korytarzach świątyni, w której naucza się o Powołaniu od chwili jej powstania. Dawno temu założyła ją Ki, bogini ziemi, jako przytułek dla sierot płci żeńskiej, a schronienie mogły w niej znaleźć i niemowlęta, i młode kobiety. Jak wszystkie siostrzeńskie świątynie religii parijana działa wyłącznie dzięki darowiznom benefaktorów. Ale ich hojność ma swoją cenę. Mogą przybyć do dowolnej świątyni i zażądać jednej z podopiecznych, aby uczynić ją swoją służącą, kurtyzaną lub żoną.
Przyspieszam kroku. Nie chcę się stać żadną z nich. W ogóle nie chcę zostać powołana. Większość córek nie może się doczekać, aby opuścić tę odległą twierdzę, ale odejdą stąd tylko wtedy, gdy zostaną powołane do życia w takiej roli, jaką wybierze dla nich benefaktor. Ja wolałabym zostać w Samiyi i poświęcić się bogom, zamiast wyjeżdżać i służyć jakiemuś mężczyźnie.
Z jadalni wylewa się gwar setki dziewcząt. Zatrzymuję się przy wejściu i obiegam wzrokiem sięgające kolan stoły, szukając Jayi. Siedzi z innymi córkami w naszym wieku, między innymi z Falan i Pritą. Jaya przywołuje mnie gestem i wskazuje na leżącą obok siebie pustą poduszkę. Naprzeciwko nich, przy tym samym stole, siedzą Sarita i Natesa. Staram się nie skrzywić na ich widok i klękam obok Jayi. Falan i Prita uśmiechają się na powitanie i wracają do swojej cichej pogawędki.
– Bambutyczka – mamrocze Natesa.
Sarita chichocze szyderczo z ustami pełnymi ryżu. Ledwo skubię jedzenie palcami. Nie chcę się denerwować tymi oklepanymi przezwiskami, którymi wyśmiewają mój wzrost i chudość.
Jaya nachyla się ku mnie.
– Dobrze się czujesz?
Wzruszam ramionami i niemrawo grzebię w swoim rozwodnionym curry. Chcę z nią porozmawiać o złotej karecie, ale nie przy wszystkich. Wolałabym, aby nasza krótka eskapada poza mury świątyni pozostała między nami.
Do jadalni wchodzi kapłanka Mita, a za nią podąża równy rząd sióstr. Falan i Prita milkną, a wszystkie dziewczęta przerywają wieczerzę. Siostry ustawiają się w szeregu z przodu sali. Czuję, jak Jaya drętwieje. Wycieram ręce, straciwszy apetyt. Nasze przewodniczki rzadko zakłócają nam posiłek.
– Córki, mam dla was wspaniałe wieści. – Kapłanka składa dłonie jak do modlitwy. – Jeden z naszych benefaktorów przybył, aby dokonać Powołania!
Większość dziewcząt, nawet te zbyt młode, by wziąć udział w obrzędzie, wzdycha z zachwytem. Kapłanka Mita uśmiecha się dumnie, przyzwalając na ten wyraz emocji. Szukam dłoni Jayi pod stołem i splatam jej zimne palce z moimi.
Kapłanka kroczy ku nam, aby wskazać dziewczęta w odpowiednim wieku. Dwanaście z nas klęczy przy dwóch stołach. Nasze błękitne sari są identyczne – wszystkie w odcieniu posłuszeństwa i pokory, poważania i uległości. Tu jednak kończy się moje podobieństwo do pozostałych dziewcząt. Moja tyczkowatość wyróżnia się na tle ich krągłości jak drut wystający z koszyka pełnego kłębków włóczki.
– Na prośbę naszego szanownego benefaktora jutrzejsze próby kunsztu odbędą się zgodnie z planem na dziedzińcu – ogłasza kapłanka. – Nasz gość pozostanie anonimowy i będzie się wam przyglądał z obserwatorium w północnej wieży.
Budzi się we mnie niechęć. Chcę się pojedynkować dla własnej satysfakcji, aby potwierdzić zdobyte umiejętności, a nie dla rozrywki benefaktora. Nie zależy mi na zyskaniu jego przychylności.
Obok naszego stołu kapłanka Mita przechodzi niespiesznie, starannie dobierając słowa:
– Zdecydujecie, czy wolicie walczyć kijem, czy bronią sieczną.
Jaya tak mocno ściska moją dłoń, że czuję mrowienie w opuszkach. Dręczona chroniczną gorączką miałam zaległości treningowe i nie zdążyłam przećwiczyć posługiwania się bronią sieczną. Zadawania cięć i odpierania takich ataków uczymy się dopiero po opanowaniu walki kijem. Całkiem nieźle strzelam z procy, ale nie jest to broń godna wojowniczki na arenie.
– Chcemy, aby podczas prezentacji każda z was wyglądała jak najlepiej – ciągnie kapłanka Mita. W jej uśmiechu kryje się cień ostrzeżenia. – Starajcie się nie skaleczyć zanadto przeciwniczki.
Spoglądam z ukosa na Natesę, która uśmiecha się złośliwie. Wszyscy wiedzą, jak bardzo pragnie opuścić świątynię i zostać żoną benefaktora. Gdyby miała wybór, walczyłaby z najsłabszą z dziewcząt, aby podkreślić własne umiejętności, a powszechnie wiadomo, że to ja jestem tą najsłabszą.
* Benefaktor – dobroczyńca, fundator jakiejś instytucji (przyp. tłum.). 

Rozdział 2
Zimowy chłód przenika starożytny szkielet świątyni i nasyca mroczne korytarze wilgocią. Razem z Jayą opuszczamy jadalnię w milczeniu i wracamy do komnaty sypialnej. Przebieramy się w bieliznę nocną i rozczesujemy warkocze, a potem Jaya zajmuje się swoimi sadzonkami w donicach, a ja moszczę się w łóżku ze szkicownikiem w dłoni. Każdy wieczór spędzamy spokojnie i przyjemnie. Nie chcę myśleć, że dzisiejszy mógłby być naszym ostatnim.
Jaya zrasza zielone pędy w glinianych doniczkach. Jej zadaniem jest pielęgnowanie ziołowego ogrodu uzdrowicielki Baki, lecz ona sama nie hoduje ziół. Brak słońca w naszym bezokiennym domu znoszą jedynie rośliny trujące, ale Jaya woli takie niż żadne.
Odstawia na bok konewkę i stanąwszy za mną, przeczesuje mi włosy palcami. Przygląda się mojemu rysunkowi. Tak się poznałyśmy. Swoje pierwsze tygodnie w świątyni Jaya spędziła w infirmerii*, gdzie odzyskiwała siły. Była wygłodzona i posiniaczona, a także pokiereszowana pod innymi względami, o których uzdrowicielka Baka wolała nie mówić głośno. Podczas jednego z moich ataków gorączki, kiedy leżałyśmy w sąsiednich łóżkach, Jaya poprosiła, żebym pokazała jej swój rysunek. Większość dziewcząt nawet nie chciała się do mnie zbliżać ze strachu, że się czymś zarażą, ale Jaya nie miała takich obaw. Od tamtej pory pokazuję jej wszystkie swoje szkice.
Przerywa głaskanie mnie po włosach.
– Koła były większe.
Ma oko do proporcji, więc oczywiście jej uwaga jest słuszna. Siada obok mnie. Wymazuję koła i rysuję większe. Jaya sięga po mój drugi szkicownik i przegląda skończone prace: jej portrety, ogród, gdzie grałyśmy w „Leć, żurawiu, leć”, i oczko wodne do medytacji, w którym urządzałyśmy wyścigi płatków kwiatu lotosu.
Zatrzymuje się przy rysunku boga niebios. Anu jest najznakomitszą męską postacią, jaką kiedykolwiek szkicowałam. Fascynują mnie te wyraźne, ukośne linie, które podkreślają surowość rysów jego twarzy – budzą respekt jak góry Alpany. Na moim rysunku jego uda zakrywa sarong**. Obnażona i nieowłosiona klatka piersiowa jest szeroka i płaska niczym dolina, a smukłe nogi – silne jak rzeka. W jednej ręce dzierży okruch słońca, drugą wyciąga w geście zachęcającym, by za nim podążyć. Anu przedstawia majestat tego świata; wielkie oczy to bramy do nieba, a sroga mina ostrzega przed jego nieograniczoną mocą.
Jaya wodzi palcem wzdłuż linii nosa Anu.
– A jeśli zostaniesz jutro powołana?
– A jeśli Natesa zacznie być dla mnie miła?
Jaya zaciska usta.
– Benefaktor może dostrzec twoją wartość i cię powołać, Kali.
Kręcę głową. Zostanę pominięta. Zdaniem Jayi moim największym atutem fizycznym są długie włosy, a to przecież za mało, by przyciągnąć uwagę benefaktora.
Jaya obejmuje się ramionami i obniża głos do szeptu:
– A jeśli ja zostanę powołana?
Otwieram usta, aby ją uspokoić, ale Jaya nie jest tak niezgrabna i przeraźliwie chuda, jak ja. Jest drobna i urocza. Gdy na nią patrzę, rozumiem jej niepokój. Nie wyobrażam sobie, by ktoś mógł przejść obok niej obojętnie.
– A jeśli ten benefaktor jest taki jak mój… – Teraz jej głos brzmi ochryple.
– Nie myśl o tym. Nieważne, kim jest, nic nie zmieni naszych planów.
Jaya i ja zamierzamy złożyć przysięgę wierności Siostrzeństwu i zostać tu do końca życia, ale będziemy mogły to zrobić tylko wtedy, gdy podczas obrzędu zostaniemy pominięte.
– Nie rozdzielą nas. Nie pozwolimy na to.
– Jak? Może nawet nie przejdziesz oględzin.
Tłumię jęk. Zapomniałam o oględzinach. Przed Powołaniem uzdrowicielka Baka bada każdą kandydatkę, aby wykluczyć te, które nie są w najwyższej formie. Nie powiedziała, czy choroba obniży moje szanse, ale codzienne przyjmowanie toniku może mnie zdyskwalifikować.
– Tym będziemy się martwić później – mówię. – Najpierw musimy omówić próby kunsztu. Benefaktor z pewnością zechce ocenić, jakimi jesteśmy wojowniczkami.
Jaya przytakuje z uroczystym wyrazem twarzy. Mężczyźni cenią wojowniczki. Najbardziej pożądane są dziewczęta urodziwe i waleczne.
– Musisz przegrać pojedynek – radzę jej. – Jeśli zostaniesz pokonana, benefaktor cię nie zechce.
Jaya ściąga brwi.
– A ty?
– Ja? – prycham drwiąco. – Nawet gdybym jakimś cudem zwyciężyła, benefaktor i tak wybierze jakąś ładną buźkę.
– A jeśli będziemy musiały ze sobą walczyć?
Wybucham śmiechem.
– Wtedy cię pokonam, chociaż wszystkie dziewczęta będą wiedziały, że oszukiwałyśmy.
Jaya kładzie mi głowę na ramieniu i ujmuje moją dłoń. Mocno splatamy palce.
– Dobrze, ale nie mogą nas przyłapać, bo kapłanka Mita wyznaczy nam karne dyżury do końca roku. Nasze porażki muszą wypaść wiarygodnie.
– Mnie przyjdzie to z łatwością. – Stykamy się głowami i spuszczamy wzrok na splecione dłonie. – Będziemy ostrożne.
– Zaśniesz? – pyta Jaya, wyprostowując się.
– Oczywiście. – Silę się na udawany uśmiech. – Przyśni mi się, że pokonuję cię w walce.
Jaya parska śmiechem. Ściska mi rękę – w ten sposób mówimy sobie „kocham cię” – a potem całuje mnie w czoło i wraca do swojego łóżka.
Choć próbuję żartować, myśl o jutrzejszym dniu wzbudza mój niepokój. Jeśli uzdrowicielka Baka odrzuci mnie podczas oględzin, zniweczy nasz plan dotyczący prób kunsztu i Jaya będzie musiała wziąć udział w Powołaniu beze mnie. Chcę, żeby ten benefaktor mnie zobaczył, bo wówczas będę miała ten obrzęd za sobą. A kiedy już zostaniemy pominięte, pozwolą nam dołączyć do Siostrzeństwa. Większość dziewcząt woli ponownie się zaprezentować przy kolejnej okazji, mając nadzieję na opuszczenie świątyni. Kandydatka, która nie zostanie powołana do dwudziestego pierwszego roku życia, jest automatycznie zaprzysięgana jako siostra, ale niewiele podopiecznych pozostaje tutaj tak długo. Benefaktorzy zawsze potrzebują służących.
Świeca rzuca ciepły, bursztynowy blask na mój szkicownik. Przewracam kartkę i na czystej stronicy w kolorze kości słoniowej kreślę kawałkiem węgla gładkie, ciemne linie. Mam nadzieję, że przelanie myśli na papier przyniesie mi ulgę. Czekałam, aż Jaya pójdzie spać, żeby to narysować. Nie mogę wyrzucić tego obrazu z pamięci.
Po skończeniu cofam rękę. Żołnierz wygląda dokładnie tak, jak go zapamiętałam – na jego barkach można by oprzeć górę, a silnymi ramionami rozpędzać chmury. Ale w miejscu, gdzie powinna być twarz, zionie pustka – tak jest zawsze, kiedy próbuję przedstawić męskie rysy.
Gdy byłam niemowlęciem, porzucono mnie na stopniach świątyni Bractwa Vanhi, prowadzonej przez męskich wyznawców religii parijana. Nie pamiętam mnichów, którzy się mną opiekowali, dopóki nie osiągnęłam odpowiedniego wieku, by przenieść mnie tutaj. Właściwie nie zapamiętałam ani jednego mężczyzny. Jaya opowiadała mi o swoich starszych braciach i ostrzegała mnie przed tym, co nas czeka, jeśli zostaniemy powołane. Wierzę jej, ale mnisi stanowią dowód, że nie wszyscy mężczyźni są źli, a do tego zgodnie z naukami sióstr to nasi panowie i opiekunowie.
Wpatruję się w portret żołnierza bez twarzy i już nie wiem, co jest prawdą. Czy wszystko wokół nas to dzieło bogów? Zesłali mi gorączkę, a niektóre rośliny uczynili trującymi, ale czy to oni sprawili, że ludzie są tacy, a nie inni? Czy Natesa urodziła się dręczycielką? Czy Jaya zawsze była przezorna? Gdzie przebiega granica między wolą bogów i ludzi?
Odkładam szkicownik na bok, wciąż dumając, czy wszyscy mężczyźni są ulepieni z tej samej gliny, co okrutni bracia Jayi, i czy naprawdę lepiej mi w życiu samej.
Kiedy się budzę, w nogach łóżka leży satynowa biała szata. Drugą, identyczną, ktoś zostawił też na łóżku Jayi, która wciąż śpi. W tych strojach mamy wystąpić podczas Powołania.
Ogarnięta nagłym niepokojem niecierpliwie wyślizguję się z pomiętej pościeli. Próby kunsztu nie były moim marzeniem. Nie pragnęłam ich. Niepewność, czy pomyślnie przejdę oględziny, które przeprowadzi uzdrowicielka Baka, skutecznie spędza mi sen z powiek. Dość tego. Muszę z nią porozmawiać.
Zarzuciwszy szal na ramiona, przemierzam na paluszkach ciche korytarze zasnute kadzidlanym dymem i miejscami oświetlone blaskiem lamp. Choć nie widzę świtu, czuję emanujący przez kamienne mury chłód, który świadczy o wczesnej godzinie.
Znajoma droga do infirmerii wzmaga mój niepokój. Spędziłam więcej czasu z uzdrowicielką Baką niż jakakolwiek inna siostra. Nie chcę się wdawać w kłótnie, ale jeśli wykorzysta moją chroniczną gorączkę jako pretekst, aby wykluczyć mnie z prezentacji podczas Powołania, to zaprotestuję.
Gdy mijam otwór klatki schodowej, z dołu dobiegają mnie niewyraźne pomruki. Są tak ciche, że ledwie je słychać. Cofam się i nadstawiam uszu. Głosy są niskie – niższe niż wszystkie, jakie kiedykolwiek słyszałam. Wstrzymuję oddech, ale serce zaczyna mi bić szybciej. Te głosy należą chyba do mężczyzn.
Przypomina mi się wczorajsza reprymenda kapłanki Mity. Powinnam wrócić do komnaty sypialnej i być posłuszna. Niższe piętra są zakazane dla córek. Ale tak bardzo pragnę zobaczyć, kto jest na dole.
Schodzę w coraz głębszą ciemność, niezmąconą najmniejszym promieniem światła. Idę po omacku, przesuwając opuszkami po szorstkiej kamiennej ścianie. Z każdym krokiem odczuwam coraz większy chłód, przenikający mnie aż do szpiku kości. Już sama nie wiem, jak długie są te schody i ile razy szukałam kolejnego stopnia palcami bosych stóp.
Nagle kończy się ściana, którą miałam z boku, a pod nogami czuję płaską podłogę. Serce wali mi tak głośno, że ledwo słyszę tamten głos. Prowadzi mnie nieoświetlonym korytarzem ku słabemu błyskowi na jego drugim końcu. Świątynia stanowi jedyne schronienie na tym odosobnionym szczycie górskim. Nigdy się nie zastanawiałam, gdzie rezydują benefaktorzy, ale widać ich kwatery znajdują się właśnie tutaj, na tej kondygnacji.
Korytarz rozszerza się w oświetloną wnękę. Zza wysokich drzwi dobiegają dwa głębokie głosy, jednak nie potrafię rozróżnić poszczególnych słów. Rozglądam się, szukając wyjścia. Wiem, że grozi mi przyłapanie, ale z podsłuchanej rozmowy mogłabym się dowiedzieć, kim są przybysze. Podkradam się bliżej i nadstawiam ucha.
– Nie powinnaś tu być.
Błyskawicznie odwracam się w kierunku szeptu równie cichego jak głosy za drzwiami i spłoszona cofam się o krok. Drogę ucieczki blokuje mi młody żołnierz. Musiałam go nie zauważyć w ciemności.
Chwyta za rękojeść przytroczonego do boku miecza.
– Czy ktoś wie, że tu jesteś?
Język staje mi kołkiem. Wnioskując z podobizn bogów, które studiowałam, mogłabym pójść o zakład, że ten żołnierz jest o dwa lub trzy lata starszy ode mnie. Jest również wyższy. To rzadkość. Już jako trzynastolatka przerosłam wszystkie rówieśniczki.
Mimo jego onieśmielającej postury nie wyczuwam w nim agresji, jedynie podejrzliwość.
Szczelniej otulam się szalem.
– Słyszałam głosy – wyjaśniam. – I… – Nie przychodzi mi do głowy żadna rozsądna wymówka, a wątpię, by uwierzył, że nade wszystko chciałam ujrzeć twarz jakiegoś mężczyzny.
Jednak nie takiego oblicza się spodziewałam. On wygląda jak bóg, nie jak śmiertelnik. Choć kanciasty kształt szczęki przywodzi mi na myśl Anu, delikatna linia kości policzkowych, pełne usta i prosty nos przypominają Enlila, który jest podobny do swej matki, bogini ziemi Ki. Rysy twarzy ma delikatne, lecz niepozbawione zdecydowania.
– Musisz odejść. – Żołnierz rzuca okiem na zamknięte drzwi. Zapewne strzeże tego, kto jest w środku. – Tu nie jest bezpiecznie.
Dłonie robią mi się lepkie, ale nie mogę się wycofać bez odpowiedzi, po którą tu przyszłam.
– Kto przybył na Powołanie?
Patrzy na mnie wzrokiem bez wyrazu.
– Musisz stąd odejść – powtarza chłodno.
Rozmowa za drzwiami ustaje.
W moich uszach eksploduje odgłos zbliżających się kroków.
– Idź! – Żołnierz przegania mnie niecierpliwym gestem.
Uciekam ciemnym korytarzem, ścigana skrzypieniem otwierających się drzwi i zirytowanym męskim głosem.
– Kapitanie Naik?
Płuca mi płoną, gdy spazmatycznie chwytam powietrze. Coś wilgotnego przecieka mi między palcami u nóg. Zaciskam szczęki, aby stłumić pisk. „Jeszcze trochę. Zaraz będą schody”.
– Zwolniłem Manasa z posterunku – mówi kapitan. – Stokrotnie przepraszam za zakłócenie spokoju Waszej Wysokości.
Potykam się na najniższym stopniu i obcieram dłonie o kamień. „Wasza Wysokość”.
Wstrząsa mną dreszcz. Zakrywam usta, by nie krzyknąć. Jest tu radża Tarek. Władca Imperium Tarachandu przybył do Samiyi. Zastygam w bezruchu, lecz wewnątrz cała drżę.
– Gdzie jest Manas? – dołącza się drugi obcy głos.
– Udał się na spoczynek, generale – odpowiada kapitan.
Marszczę brwi – to jedyny ruch, na jaki mnie stać. Dlaczego kapitan Naik mnie chroni? Dlaczego nie powie radży, że pod jego drzwiami podsłuchiwała jakaś dziewczyna?
– Proszę wejść, kapitanie – mówi radża. – Czas omówić dalsze plany. Gdy już powołam… – Drzwi zamykają się ze skrzypnięciem.
Czuję lodowate ciarki pełzające mi po plecach. Radża Tarek przybył na obrzęd Powołania.
Opieram czoło o stopień. Twarz mi płonie. Chwilę później płonę już cała. „Bogowie, zapomniałam zażyć toniku”.
Nagła gorączka uderza we mnie jak rozgrzany młot. Podnoszę się na drżące nogi i z trudem wdrapuję po schodach na główne piętro. Chwiejnym krokiem przemierzam korytarz, po drodze mijając dziewczęta idące do jadalni na śniadanie. Wreszcie docieram do swojej komnaty.
Jaya jest już ubrana. Ręce i nogi ma pokryte czerwonymi wykwitami – to pokrzywka. Pokój pachnie rumiankiem.
– Uzdrowicielka Baka twierdzi, że znikną – mówi Jaya, smarując nogi grubą warstwą maści.
Przyglądam się zaognionym wypryskom na jej skórze.
– Skąd się wzięły?
– To nasilona reakcja.
– Na którąś z twoich roślin?
– Na Powołanie. – Drżącą dłonią wciera maść w ramiona, a minę ma przy tym nietęgą. – Uzdrowicielka Baka mówi, że muszę się uspokoić, ale… Gdzie byłaś?
– Na spacerze. – Kuśtykam w stronę swojego łóżka i siadam na nim, opierając łokcie na kolanach, a głowę na dłoniach. „Oddychaj”.
Jaya podbiega i dotyka mojego czoła.
– Jesteś rozpalona. Rano nie zażyłaś toniku.
Z jękiem opadam na plecy.
– Przyniesiesz mi?
Przyjaciółka sięga na stolik nocny i podaje mi lekarstwo. Odkorkowuję cienką fiolkę i pociągam łyk. Sfermentowana mikstura wypełnia mi usta cierpkim smakiem, a potem spływa chłodną strużką do gardła i dalej, do żołądka. Czuję, jak umysł mi się rozjaśnia.
Tym razem gorączka dopadła mnie nagle. Zwykle upływa cały dzień, zanim tak bardzo urośnie.
Jaya pochyla się nade mną, nerwowo skubiąc swój warkocz. Pod przekrwionymi oczami ma ciemne sińce.
– Mam iść po uzdrowicielkę Bakę?
– Nic mi nie jest. – Przykładam sobie rękę Jayi do czoła. – Widzisz? Już jest chłodniejsze. – Dotyk jej letniej skóry koi moją rozpaloną twarz i czuję, jak gorączka opada. Głośno pociągam nosem i dodaję z uśmiechem: – Pachniesz jak ogród ziołowy uzdrowicielki Baki.
Chichocze i przygląda się swojej wysypce.
– Udana z nas para. Szkoda, że benefaktor nas teraz nie widzi.
Uśmiech zamiera mi na ustach. Nie mogę jej powiedzieć, że benefaktorem okazał się radża Tarek. Już teraz jest chora ze zmartwienia. Poza tym jego tożsamość nie zmienia naszych planów co do prób kunsztu. A jednak przytłacza mnie majestat jego obecności. Nie rozumiem, dlaczego przed obrzędem Powołania radża chce obejrzeć nasze pojedynki. Próby kunsztu to rytuał inicjacji – świadectwo naszej kobiecości i moralnej dojrzałości, dowód, że jesteśmy godne dziedzictwa Ki. Prawdziwa siostra-wojowniczka jest dobrze wyszkolona i silna fizycznie, ale także gorliwie pielęgnuje pięć boskich cnót: posłuszeństwo, służbę, siostrzeństwo, pokorę i tolerancję. Ale dlaczego radża Tarek pragnie ujrzeć ten sprawdzian siły naszych mięśni i hartu ducha? Mogę być pewna tylko jednego: przybył, aby powołać jedną z dziewcząt, i jeszcze przed południem dowiem się, jaki ma w tym cel.
* Infirmeria – izba chorych w klasztorze, szkole lub koszarach (przyp. tłum.).
** Sarong – rodzaj spódnicy upiętej z jednego płata tkaniny; noszony przez kobiety i mężczyzn (przyp. tłum.). 

Rozdział 3
Czyjaś sylwetka przesłania okno obserwatorium na szczycie północnej wieży. Staram się nie podnosić wzroku ani nie myśleć o przyglądającym się nam radży. Słucham wskazówek kapłanki Mity.
– Doceniam waszą punktualność, córki. Liczymy, że próby przebiegną sprawnie i wkrótce wrócicie do ciepłego wnętrza świątyni.
Jaya i ja kulimy się chłostane podmuchami lodowatego wiatru. Nosimy treningowe sari, którego fałdy są przeciągnięte między kolanami do tyłu i zatknięte za pas, dzięki czemu zyskujemy swobodę ruchów, nie odkrywając nóg. Śliski dziedziniec oczyszczono, a lód rozłupano, aby odsłonić krąg, który podczas wczorajszego treningu był niewidoczny. Arena do pojedynków.
– Na prośbę naszego benefaktora dzisiejsze próby kunsztu będą przebiegały nieco inaczej niż zazwyczaj. – Kapłanka zadziera głowę, a my podążamy za jej wzrokiem. Radża niecierpliwie przybliża się do okna obserwatorium i jego ciemna sylwetka robi się wyraźniejsza. Nerwy mam napięte jak postronki. – Każda walka potrwa do pierwszej krwi.
Mrużę oczy w niemym proteście. Zgodnie z regułami zwyciężczynią jest ta, która jako pierwsza wypchnie przeciwniczkę poza krąg. Nigdy nie walczymy do pierwszej krwi.
Kapłanka Mita stoi zbyt wyprostowana, a jej sztywność świadczy o cichej dezaprobacie wobec zmiany reguł.
– Możecie liczyć na naszą wyrozumiałość, obrażenia odniesione na arenie nie będą brane pod uwagę podczas oględzin.
„Jak to miło z ich strony”. Obie z Jayą wymieniamy spojrzenia i unosimy brwi. Nieopodal czekają uzdrowicielka Baka i nasza nauczycielka obrony, siostra Hetal, która na czas przemowy kapłanki ustąpiła jej miejsca. Pierwsza z nich jest obecna przy próbach kunsztu na wypadek, gdyby któraś z dziewcząt została przypadkiem zraniona. Żołądek podchodzi mi do gardła. Te z nas, które dzisiaj zostaną pokonane, z pewnością będą potrzebowały jej pomocy.
Głos kapłanki wypełnia dziedziniec:
– Wystąpcie, aby ciągnąć losy!
Jaya chwyta mnie za rękę i ciągnie na czoło grupy. Kapłanka podsuwa garść drewnianych losów stojącej przed nią córce – mnie. Wyciągam długie drewienko, a Natesa, która losuje po mnie – znacznie krótsze.
– Szkoda – cmoka z niezadowoleniem.
Prawie się z nią zgadzam. Chciałabym zobaczyć jej skórę zbroczoną krwią, ale prawdopodobieństwo, że ją pokonam, jest mniejsze niż szansa na uniknięcie Otchłani.
Sarita porównuje swój drewniany los z moim. Pasują. Uśmiecha się szeroko, a mnie rzednie mina. Nasz pojedynek będzie nierówny. Sarita ustępuje w walce jedynie Natesie i Jayi.
Pozostałe dziewczęta ciągną losy, porównują je i łączą się w pary, a następnie życzą sobie nawzajem powodzenia. Kapłanka Mita wręcza ostatnie drewienko Jayi.
Natesa patrzy na nią z sarkastycznym uśmieszkiem.
– Zdaje się, że będziemy ze sobą walczyć.
Ich szanse są wyrównane, ale Jaya musi z nią przegrać, tak jak ja przegram z Saritą. Radża ujrzy naszą krew.
Kapłanka Mita kończy przemowę:
– Dziewczęta z najkrótszymi losami będą walczyły jako pierwsze, te z dłuższymi jako następne i tak dalej. W pierwszym starciu zmierzą się – obiega wszystkie pary wzrokiem – Natesa i Jaya. Córki, wybierzcie broń!
Natesa podbiega do arsenału wyłożonego przy zamarzniętym oczku wodnym do medytacji i wybiera jako pierwsza. Chwyta khandę i rusza ku arenie, rzucając Jayi szyderczy uśmiech. Długi obosieczny miecz – największa i najstraszniejsza broń – jest jak styl walki Natesy. Zatrważający. Pozbawiony finezji. Przyciężki, lecz skuteczny.
Jaya wybiera haladie, sztylet o dwóch ostrzach. Ta broń wskazuje, jaką ona jest wojowniczką. Uniwersalną. Precyzyjną. Drobną, lecz szybką. Dzięki haladie mogłaby zwyciężyć, ale czy zdoła przegrać?
Reszta z nas tłoczy się wokół areny. Żadna nie może wejść do środka, dopóki nie zostanie ogłoszona zwyciężczyni. Przesuwam się do tyłu, nie podnosząc wzroku na obserwującego nas radżę. Nie zniosę widoku pokonanej Jayi. Na rękach i nogach wciąż ma pokrzywkę. Modlę się, aby Natesa nie zraniła jej zbyt poważnie.
Przeciwniczki przyjmują postawę gotowości: stopy rozstawione, kolana ugięte, ramiona napięte, broń uniesiona.
– Na mój znak. – Kapłanka unosi bębenek, a jej dłoń zastyga nad membraną z jeleniej skóry. W powietrzu iskrzy od napięcia. Rozlega się oczekiwany dźwięk.
Natesa rzuca się do przodu, celując mieczem w klatkę piersiową rywalki. Jaya obraca się błyskawicznie, ich ostrza się krzyżują. Khanda Natesy nieznacznie odskakuje, a Jaya wycofuje się ku krawędzi areny. Lustruję przyjaciółkę od stóp do głów i powoli wypuszczam powietrze z płuc. Na razie nie ma krwi.
Natesa okrąża Jayę i atakuje ją szyderczymi uśmieszkami. Wygrała wiele pojedynków, zastraszając swoje przeciwniczki w ten sposób, ale dziś te wysiłki są zbędne. Jej rywalka jest gotowa oddać zwycięstwo.
Jaya doskakuje do niej i uderza sztyletem w miecz Natesy. Wzdrygam się, słysząc zgrzyt metalu o metal. Pomruki walczących odbijają się echem od murów świątyni. Widownia milczy. Zazwyczaj głośno dopingujemy swoje faworytki, ale dziś nie chodzi o popis umiejętności – chodzi o Powołanie. Groza jak chmura burzowa wisi nad naszymi głowami. Dziś zabiorą stąd jedną z nas. Może więcej niż jedną. I żadna z nas nie wie kogo.
Zamachnąwszy się krótkim ostrzem haladie, Jaya rozcina sari Natesy, po czym przygląda jej się uważnie, sprawdzając, czy ją zadrasnęła. Chybiła. Tylko ja wiem, że zrobiła to celowo. Natesa rzuca się na nią ze swoją khandą i taranuje Jayę, która upada na plecy, upuszczając broń. Natesa przyciska czubek miecza do jej klatki piersiowej i moja przyjaciółka zamiera w bezruchu. Wstrzymuję oddech. Ostry wierzchołek przesuwa się w kierunku twarzy Jayi i rozcina jej policzek.
Wściekłość uderza we mnie jak ściana ognia. Nie zdaję sobie sprawy, że przepycham się przez krąg dziewcząt, dopóki nie wpadam na arenę. Natesa przykłada miecz do drugiego policzka Jayi, aby skaleczyć ją po raz drugi.
Uderzam całym ciałem w jej bok. Odrzuca ją do tyłu z taką siłą, że ledwo unosi miecz, żeby się bronić. Robię koziołka, a prostując się, podcinam jej nogi. Natesa się przewraca i twardo ląduje na plecach, wypuszczając khandę z ręki.
Chwytam jej miecz i nachyliwszy się nad nią, przystawiam środkową część ostrza do jej gardła. W głębi duszy wiem, że powinnam przestać. Ale nie dbam już o nasz plan. Nie obchodzi mnie radża. Natesa zraniła Jayę w policzek i ta szrama pozostanie widoczna.
Celowo ją oszpeciła.
– Kali, stój! – woła Jaya. Po twarzy spływa jej strużka krwi, co rozwściecza mnie jeszcze bardziej.
Miecz wgryza się w szyję Natesy. Ostrze pokrywają karmazynowe krople. Dziewczyna zamiera, czując zapach własnej krwi. Z rozchylonych strachem ust nie wydobywa się żaden okrzyk, żadne błaganie.
– Kalindo! – Ostry głos przebija się do mojej świadomości odurzonej pragnieniem zemsty. Zataczam się, gdy kapłanka Mita odciąga mnie do tyłu, i wybałuszam oczy na zakrwawioną szyję Natesy.
„Ja to zrobiłam”.
Siostra Hetal klęka przy rannej. Uzdrowicielka Baka spieszy z pomocą Jayi. Moja przyjaciółka trzyma się za policzek, a spomiędzy jej bladych palców wypływają szkarłatne kropelki.
– Kalindo, wejdź do środka – nakazuje kapłanka Mita tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Zanim zdążę się poruszyć, ktoś zaczyna klaskać.
Wszyscy zebrani na dziedzińcu w milczeniu zadzierają głowy, by spojrzeć na północną wieżę, rysującą się na tle szarego nieba.
Aplauz cichnie i z góry dobiega nas głęboki, mocny głos:
– Niech zostanie.
Czuję ukłucie lęku. Cały dziedziniec zamiera, jakby stał się miejscem pogrzebu powietrznego*. Wiele z tych dziewcząt nigdy wcześniej nie słyszało głosu mężczyzny.
Kapłanka Mita pierwsza otrząsa się z oszołomienia.
– Kalindo, słyszałaś benefaktora. Stań z boku i czekaj na swoją kolej. – Nie podnosząc głowy, rzuca ukradkowe spojrzenie w górę, na radżę. „Boi się go”.
Uzdrowicielka Baka pomaga Jayi się podnieść. Ruszam w kierunku przyjaciółki, ale uzdrowicielka mnie powstrzymuje.
– Zabieram ją do infirmerii. Zostań tu.
– Nic mi nie będzie. – Jaya przyciska dłoń do zakrwawionej twarzy. – Bądź ostrożna, Kali. – Przenosi wzrok na wieżę, a potem uzdrowicielka Baka odprowadza ją do świątyni.
Siostra Hetal pomaga wstać Natesie, która szlocha, jakbym rozpłatała jej gardło, choć jej rana to ledwo draśnięcie w porównaniu ze szramą na policzku Jayi.
Jestem zaskoczona własnym brakiem empatii po tym, co zrobiłam. Natesa oszpeciła piękną twarz Jayi, bo widziała w niej rywalkę. Niech cierpi z bólu po tysiąckroć bardziej.
Rzucam khandę na stos broni i dołączam do córek oczekujących na pojedynek. Ich wstrząśnięte spojrzenia wędrują raz po raz między mną a obserwującym nas z wieży cieniem.
– Sarito i Kalindo, wystąpcie.
Kapłanka Mita w końcu wywołuje nasze nazwiska. Natesę i Jayę odprowadzono niespełna godzinę temu, ale wydaje się, jakbyśmy stały na mrozie całe wieki. Chciałabym już zakończyć swoją próbę i wrócić do świątyni.
Wyniki reszty pojedynków były przewidywalne. Falan pokonała swoją przeciwniczkę Pritę, bo walczyła agresywniej. Teraz wystarczy tylko, aby Sarita mnie pokonała – musi to zrobić. Radża więcej nie zaklaskał ani nie przemówił. Ściągnęła na siebie zbyt wiele uwagi. Wcale tego nie chciałam, ale teraz mam szansę, by naprawić swój błąd.
Sarita i ja stoimy naprzeciwko siebie na arenie. Nie bawiąc się w subtelności, moja rywalka sięga po khandę, a ja – jako jedyna z walczących – wybieram kij. Wszystkie pozostałe dziewczęta wolały miecze i sztylety. Każda zwyciężczyni raniła przeciwniczkę w jakieś niewidoczne miejsce – ramię, nogę, tułów. Nigdy w twarz. Poza niepotrzebnym ściągnięciem na siebie uwagi radży żałuję jedynie, iż nie odpłaciłam Natesie za jej okrucieństwo w bardziej adekwatny sposób. Też powinnam była oszpecić jej twarz.
Chwytam kij oburącz i zajmuję pozycję obronną. Co prawda Sarita jest ode mnie niższa, ale ma zwinne ruchy i potężny zamach. Choć mój atak na Natesę mógł sugerować, że wolę walczyć mieczem, najlepiej czuję się z bronią, z którą ćwiczyłam. Kapłanka Mita uderza w bębenek i Sarita rusza w moją stronę.
– Przez ciebie nie ma tu Natesy – syczy, unosząc miecz.
Kręcę młynka kijem.
– Ani Jayi. A ona nic nie zrobiła Natesie. Nikomu nic nie zrobiła.
Sarita szczerzy zęby w grymasie wściekłości.
– Natesa chciała walczyć z tobą.
– Nie popisała się zbytnio.
Sarita rzuca się do przodu, siekąc powietrze furiackimi, nieskładnymi ruchami. Robię uniki, uskakując na boki. Zadaje cios, który blokuję bambusem. Czuję, jak moim ramieniem wstrząsa potężna wibracja. Obracam się i znów stajemy twarzą w twarz. Ostrze miecza odrąbuje kawałek mojego kija.
– Wiedziałam, że będziesz walczyła tą szczapą. – Sarita prycha z wyższością i złośliwością. – Jest równie szpetna i chuda jak ty.
Ogarnia mnie złość. „Przestań paplać i kończ z tym”.
Celuję w głowę i zadaję cios, który wczoraj ćwiczyłam z Jayą, ale źle oceniam siłę swojej irytacji i odległość dzielącą mnie od Sarity. Koniec kija trafia ją w usta.
Kapłanka Mita uderza w bębenek, sygnalizując koniec pojedynku. Gapię się na rozciętą wargę mojej rywalki. Sarita dotyka rany i wpatruje się w zakrwawione koniuszki palców. Moje zwycięstwo nie było zuchwałym popisem umiejętności. Żadna z nas nie spodziewała się, że to ja, najsłabsza z walczących dziewcząt, zranię ją pierwsza. Chwyta mnie nagła trwoga. Co ja narobiłam?
Kapłanka przeciera wargę Sarity bandażem, a wszystkie córki opuszczają mroźny dziedziniec i pospiesznie wracają do świątyni. Wchodzę ostatnia, lecz nim przekraczam jej próg, słyszę ponowny aplauz dobiegający ze szczytu północnej wieży. Prawie śmieszą mnie dziewczęta czmychające przede mną na korytarzu. Zawsze trzymały się ode mnie z daleka z uwagi na moją chorobę, ale dotąd nie miały prawdziwego powodu, by się mnie bać. Teraz im go dałam, co z jednej strony mnie dręczy, ale z drugiej napawa dziwną satysfakcją. W infirmerii witają mnie znajome zapachy mielonego imbiru i słodkiego rumianku. Łóżko, które zawsze jest tu zarezerwowane dla mnie, teraz stoi puste – podobnie jak wszystkie inne. Jesteśmy tu same z uzdrowicielką, nie inaczej niż przez większość mojego dzieciństwa.
– Gdzie Jaya? – pytam. – Dobrze się czuje?
Baka podnosi wzrok znad wyjaławianych narzędzi.
– Trzeba założyć jej szwy. Po skaleczeniu zostanie niewielka blizna, ale może wziąć udział w prezentacji. Odesłałam ją, aby się przebrała przed obrzędem. – Przygląda mi się uważnie zza okularów. – Rozumiem, że chciałaś jej bronić, ale posunęłaś się za daleko.
Opieram dłonie na oparciu krzesła i spoglądam na nią z góry.
– Ktoś musiał jej pomóc. Jak długo kapłanka zamierzała czekać? Natesa miała skaleczyć Jayę w drugi policzek?
– A jak długo miała czekać, gdy zaatakowałaś Natesę? Żebyś zdążyła podciąć jej gardło?
Zaciskam usta, a uzdrowicielka dodaje łagodniejszym tonem:
– Skaleczyłaś Natesę tak samo, jak ona Jayę. Musisz się pogodzić z tym, co zrobiłaś.
– Ona zraniła Jayę celowo!
– A ty postąpiłaś inaczej? – pyta spokojnie. – Powinnaś się z tym pogodzić nie ze względu na nią, ale na siebie.
Zaciskam palce na oparciu krzesła, przypominając sobie ciężar miecza w dłoni. Siostrzeństwo jest jedną z pięciu boskich cnót, których się tu uczymy, ale do Natesy nie czuję siostrzanej miłości.
– Nie będę przepraszać. Miałam rację, pomagając Jayi.
– Być może, ale zgoda to wybór, Kali. Decyzja, aby nie chować urazy do świata i przyjąć to, co zgotowali ci bogowie. Nie ma większego spokoju ducha nad poczucie spełnienia woli bogów.
Spoglądam ze złością w podłogę. Tak niewiele mam w życiu wolności. Nie powinna oczekiwać, abym przebaczyła Natesie. Chowanie urazy to jeden z nielicznych wyborów, które są mi dane. Uzdrowicielka Baka okrąża stół i dotyka mojego ramienia, zmuszając mnie, bym podniosła wzrok. Jej czoło przecina zmarszczka świadcząca o niepokoju.
– Jak się czujesz?
– Dobrze. – Już prawie wyznaję, jak gwałtownie wróciła wysoka gorączka, kiedy tonik przestał działać, ale zbeształaby mnie, że nie zażyłam lekarstwa na czas. – Jak długo jeszcze będę musiała pić ten tonik?
– To nie jest lek, Kali. Być może wyrośniesz z tych napadów gorączki, ale równie prawdopodobne jest to, że skuteczność toniku osłabnie.
Patrzymy na siebie z takim samym niezadowoleniem w oczach. Po wielu latach nieudanych prób uzdrowicielka Baka sporządziła tonik obniżający gorączkę, nie udało jej się jednak odkryć źródła mojej dolegliwości. Wiemy, że nie jest to choroba zaraźliwa, bo w infirmerii rzadko bywa ktoś poza mną. Domyśla się, że tę przypadłość odziedziczyłam po którymś z członków rodziny, ale tej teorii nie można potwierdzić, ponieważ nic nie wiadomo o moim pochodzeniu.
Jednak to nie moja przeszłość niepokoi mnie najbardziej. Przed Powołaniem Jaya i ja musimy się poddać oględzinom, a zważywszy na nieprzewidywalne zachowanie radży podczas prób kunsztu, uznaję, że powinnyśmy porzucić starania, by wziąć udział w prezentacji. Lepiej byłoby przejść cały ten obrzęd po raz drugi, ale wciąż razem, niż stanąć przed radżą i ryzykować, że zostaniemy rozdzielone. Niemniej ostatnie słowo w tej sprawie należy do uzdrowicielki Baki.
Krzyżujemy spojrzenia.
– Czy przejdę oględziny?
– Znasz zasady. Żadna niedomagająca nie stanie przed benefaktorem. – Zdejmuje okulary i srogo mi się przygląda. – Ocenię cię należycie, lecz jeśli twoja ciepłota wzrośnie choćby o stopień, nie zezwolę, byś wzięła udział w prezentacji.
Zdobywam się na niepewny uśmiech. Uzdrowicielka Baka próbuje przygotować mnie na rozczarowanie niepomyślnym wynikiem oględzin. Zapewne jej zdaniem martwię się, że gorączka zniweczy moje szanse na zaprezentowanie się benefaktorowi, ale ja właśnie tego pragnę. Modlę się, aby pokrzywka Jayi i moja gorączka okazały się wystarczające i oszczędziły nam spotkania z radżą.
Uzdrowicielka Baka poklepuje mnie po ramieniu.
– Idź się przebrać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz