środa, 16 stycznia 2019

"Jaksa: Bies idzie za mną. Tom I" Jacka Komudy OD 16 STYCZNIA W KSIĘGARNIACH

Królestwo Lendii pada na kolana przed dziką hordą Hungurów. Zdrajcy zostają panami, rycerze - martwymi wojownikami, albo kryją się po lasach jak zaszczute zwierzęta. Zamęt wykorzystują guślarze, wzywając starych bogów. Krainę rozdziera bunt chłopstwa. Pośród chaosu i rzezi zaczyna się historia chłopca, który z powodu czynów ojca będzie ścigany aż do kresu swych dni. Wydaje się, że dziecko nie ma w tym starciu żadnych szans, a jednak raz za razem los mu sprzyja. Wszelako los to kapryśny sprzymierzeniec.

"Jaksa: Bies idzie za mną. Tom I", autorstwa Jacka Komudy, to pierwszy tom serii, do której wstępem był zbiór opowiadań "Jaksa". Książka tłumaczy wiele wątpliwości i niejasności zawartych w opowieściach. Skupia się przede wszystkim na postaci bohatera, ale poprzedni zbiorek bardzo rozszerza historię jego wielkiej i bezustannej ucieczki.Książka w księgarniach od 16 stycznia nakładem wydawnictwa Fabryka Słów.

Rozdział 1. Horda

Bądźcie przeklęci! – wyrzucił z siebie król Lazar. Górował nad zebranymi niby posąg doskonałości: wyniosły, siwobrody, lśniący bielą, o wygolonych skroniach. Włosy opadały lekko spod korony, spływały na ramiona okryte karmazynowo-złocistą jaką. Korona Wedów była wyniosła jak władca, pociemniała. Błysk starego złota mieszał się z niebieskim i zielonkawym poblaskiem szafirów, szmaragdów i białym lśnieniem pereł. Błyszczały też dębowe liście na zdobionym kręgu.
– W kim krew lędzicka, kto się Lędzicem zowie, kto składał hołdy memu majestatowi, a nie przybył na bój z Hungurem, niech będzie przeklęty!
– Przeklęty w domu i na dworze, przeklęty w mieście i na roli, przeklęty siedząc, stojąc, jedząc, pijąc, robiąc i śpiąc – powtórzyli chórem dwaj nadworni kneziowie Praojca i hierarcha Starej Gnieździcy, starzec z białą brodą, z posochem kwitnącym kwiatem boskiej jabłoni.
– Bodaj nie zaznał syna ni córki – grzmiał król. – A czego dotknie, żeby nie rodziło. Ani wino, ani pszenica biała!
– Przeklęty niechaj będzie tak, że w nim zdrowego członka nie będzie, od wierzchu głowy aż do stopy nożnej – wtórował chór głosów duchownych. – Niechaj wypłyną wnętrzności jego, a ciało jego niech robactwo roztoczy!
– Bodaj zmarniał. Bodaj ród jego wygasł. Przeklęty! Przeklęty! Po trzykroć przeklęty!
– Przeklęty z Czarnobogiem zdrajcą i Wołostem kłamcą! Z Przodosem plugawym karłem zdrady i Haną krzywoprzysięzcą, z Antem mężobójcą! – zakończyli duchowni.
Lazar zaciął się w prawą rękę, w otwartą dłoń, położył ją na Znaku Włóczni wbitej w głaz, pośrodku królewskiej kwatery.
– Idź krew do broni. My, Lędzice, wolimy żelazo od złota i nim się bronimy. Idź krew do krwi, poświadcz moje słowa.
– W imię Praojca.
Nie można powiedzieć, że słowa przekleństwa trafiły w pustkę. Zebrani w królewskim namiocie panowie i rycerze znieruchomieli pod ścianami, przestali się tłoczyć i kiwać za stołami ustawionymi w podkowę.
Lazar wyciągnął rękę, wytarł w ręcznik, który podsunął giermek, wrócił na miejsce i teraz z kolei podniósł złoty kielich.
– Oto ostatnia wieczerza przed bitwą. Wypijmy za zwycięstwo, gdyż bez niego... nie wrócimy. Oby Praojciec dał nam zwycięstwo, a Jessa pozwolił nam spocząć w Koronie Gór, w grotach pomiędzy królami-duchami, naszymi chwalebnymi przodkami.
Wybuchła wrzawa. Dziesiątki dłoni chwyciły kubki i rogi. Książęta, kniaziowie, palatyni, dostojnicy – wysocy i krępi, postawni i żylaści. Postacie w jakach, w krótkich tunikach, w przeszywanicach zdobionych błyszczącymi ćwiekami, z krasnymi i błękitno-złotymi herbami na piersiach. Ludzie o starych, pobrużdżonych obliczach, w których słońce i wrogie żelazo rzeźbiły znaki bohaterstwa i odwagi. Z tyłu majaczyły podgolone oblicza rycerzy – Lędziców. I obok nich ogorzałe od górskiego i stepowego wiatru oblicza hospodarów Montanii i Podgoricy, surowe, brodate, zarośnięte gęby kniazia Dregowii i jego przybocznych drużynników.
Dodajmy do tego dym wciskający się w oczy, unoszący się nad ogniem na środku, woń żelaza idącą od mieczy i zbroi, ciemne ślady, które na szatach gości pozostawiły pancerze. I czerwony blask zachodzącego słońca bijący w płócienne ściany namiotu. Znaczący króla Lazara i jego rycerzy jak krew.
– Idziemy przeciw nim dziesięć dni – rzekł król – a wciąż nie wiemy, z jakiej wyszli otchłani. Pewne jest jedno, że nasze królestwo, Wielka Lendia, stoi im na drodze jak skała na wprost morskiej fali.
– Hungurzy – przemówił cicho hierarcha. – Lud dziki, stepowy. Nie znają praw Praojca ani jego Znaku. Przewyższają okrutnością wszystkie znane zwierzęta. Tyle wyczytaliśmy w kronikach.
– Skąd przychodzą?
– Z otchłani Czarnoboga – odpowiedział kneź Gosztył. – Idą wszak po śladach naszych ojców, drogą, którą wieki temu przybyli Wedowie, gdy ich Jessa wyprowadził z Toory. To bicz Praojca! Kara za występki, które popełniliśmy, odchodząc od praw Jessy.
– Piją tylko wodę i jedzą trupy, za zbytek służy im sztuka mięsa końskiego prażona pod siodłem, za ubiór skóra barania, za łoże ziemia, obłok im namiotem, a step... Praojcem – uzupełnił królewski powierniczy kneź Iwo, zwany Hołubkiem.
– Piją krew, a do leczenia ran używają pociętych serc wrogów – dorzucił ktoś z tyłu.
– Koniom przecinają nozdrza, aby łatwiej oddychały.
– Jak psy, piją zepsute mleko klaczy. Jedzą koty, myszy, szczury.
– Mój gosudarze. – Książę Dregowii Swan skłonił się za stołem, aż zakołysał się gruby, złoty łańcuch zwisający na tłusty kałdun. To był wielki i potężny człowiek, z brodą jak łopata, toporny jak całe plemię. Stojący za nim witezie w płytowych blachach na piersi wyglądali jak jego odbicia w lustrze: grubi i postawni, w zwierciadlanych zbrojach i pancerzach. – Mogę was zapewnić, że kiedy pierwsi z nich oblegali Radunicę, jedli mięso umarłych jak upiory, ale zawsze najpierw ich gotowali.
– Tak czy owak – rzekł Domarat Włastowic, człowiek o pięknym, szlachetnym obliczu, królewski palatyn Lendii – zjadają wrogów.
– Nie mówmy o poganach przy wieczerzy – mruknął jego towarzysz, wychudły, spalony słońcem Fulko. – Oto nadchodzi śmiertelna żółć ze wschodu. Jej wojownicy mają pocięte twarze, wygolone głowy z warkoczykami, a skoro zdobią się rogami Wołosta, znaczy to, że to jego bracia, pomiot Czarnoboga.
– Szpetni i pochyleni – dodał jasnowłosy, poznaczony bliznami Chrystyn z Jastrzębna, palatyn Młodszej Lendii. – Z grubymi karkami; są jak zwierzęta dwunożne lub kloce. Przeklinają na zabitych rodziców, obcinają pokonanym głowy, które znoszą swemu kaganowi.
– Ich oblicza są sprośne, ubliżają Praojcu i nam, rycerstwu – przemówił hierarcha. – Jak bezkształtny placek z dziurami zamiast oczu. Dzieciom tną policzki, żeby przyzwyczaić je do bólu.
– Owłosione nogi owijają kozimi skórami, na głowach noszą czapki z rogami, te same rogi wtykają, gdzie mogą, na ramiona, na łokcie, ozdabiają nimi konie – gadał drżącym głosem kneź Iwo. – Ich kobiety cały czas przebywają na wozach, gdzie tkają wełnę, współżyją z mężami i własnymi końmi, a dzieci-poczwary rodzą w gnoju, aby były odporne na choroby. Mężczyźni żyją tylko na koniach. Nie mają stałych siedzib.
– Tych, których wezmą jako niewolników, piętnują.
– Towarzyszą im bezbożne niewiasty na koniach – rzekł Fulko, a rycerze ożywili się, jakby wyobrażając sobie bojowe panny dosiadające koni.
– I pewnie, ubliżając niewieściej czci – mruknął Iwo – jeżdżą po męsku.
– Ooooo, dobrze gadacie! – uniósł się pan Worsztyłł. – W takim razie Hungurzy to ruda horda niedojechanych zdzir, które nawrócimy na jedyną wiarę naszymi wielkimi mieczami. I odeślemy do ubijania masła w kierzankach.
– Do ugniatania chlebów!
– Baba ze stajni, koniom zdrowiej! – prychnął palatyn Chrystyn. – Uciekną, nim dobędziemy mieczy.
Nagle wybuchł śmiech, podniosły nastrój znikł spychany w kąty przez wiwaty, żarty i szeregi sług, którzy zaczęli wnosić do namiotu złote misy z dziczyzną i ptactwem z ognia, szynkami zawiniętymi w liście chrzanu i goleniami świńskimi pieczonymi w garnkach. Podniósł się gwar, rozmowy. Wino polało się do kielichów i rogów, czerwone niczym krew.
I wtedy wstał chudy mężczyzna z długimi, czarnymi włosami, z ostrymi wąsiskami. W karmazynowej szacie zdobionej przy guzach złocistymi płytkami. W kołpaku z podwieszonymi wielkimi rubinami, niczym plamy krwi. Zdjął go, skłonił się pokornie. Mircza Stary – hospodar Montanii, przez którą szli jeszcze zeszłego dnia.
– Przez łaskę Jessy, świętego głosiciela praw, pozwólcie mi mówić, szlachetni wedyjscy panowie – przemówił uniżenie. – Są sprawy, o których powinniście dowiedzieć się dzisiaj, bo jutro będzie za późno.
– Mówcie, hospodarze – skinął ręką Lazar. – Choć nie wiem, co jeszcze może zatrwożyć nas przed walką z dzikimi poganami.
– Hungurzy są mi trochę znani, panie. Dochodziły do mnie słuchy, jak walczą. W pierwszym spotkaniu zasypują wroga strzałami. Pod żadnym pozorem nie wolno ich gonić, bo uciekną i wciągną w zasadzkę. Rycerze powinni...
– Sami dobrze wiemy, jaka jest powinność lędzickiego pana – przerwał mu Fulko. – Może wy uciekacie, hospodarze, kiedy obrażają was świszczącymi patykami, ale my nie opuścimy pola walki wcześniej, niż nie padnie ostatni bies ze stepów. Staniemy jak mur!
– W tym cały ich fortel, stając w liniach, wystawicie się na strzały. Należałoby rozluźnić szyki, by zmniejszyć straty.
– Jak czeladź, hultajstwo albo twoja montańska jazda, mości hospodarze?
– Nigdy nie mówiłem, że jesteście lękliwi – Mircza podniósł wzrok – a w obecności naszego pana jestem głuchy na obelgi. Jednak nie widzieliście ich łuków. Onegdaj pokazywałem jeden i spotkała mnie wzgarda. – Spojrzał na Lazara, jakby szukał w nim ochrony. – Są wykręcone w tył, oklejone rogiem. Rażą uzbrojonych ludzi nawet na pięćset długich kroków.
– Na łuki mamy pancerze i swarnijskie zbroje ze Skalnicy. Rącze konie, podczas gdy Hungury, jak słyszałem, jeżdżą na kosmatych psach. Radzę wam: módlcie się raczej o to, hospodarze, aby nam nie uciekli.
– Ej, bracie – mruknął do Fulka pan Domarat. – Nie przerywajcie; stajecie się zawziętsi od samego... królewskiego palatyna. A przecież na turnieju nie dostaliście mi pola.
– Bo wam... nikt nie dostanie. Jesteście gracz na miecze, pan na kopie, jak posąg odbijacie ciosy. Innym słowem... wybaczcie. – Fulko przymknął oczy. Skłonił się, nie podnosząc z ławy.
– Hospodarze... – zaczął Lazar – przypomnijcie mi, jak się nazywa ich... król?
– Kagan, panie. Goran Ust Duum. Wielki, przewielki, po trzykroć wielki Goran, kagan Bezkresnego Stepu, Daugrii i Jugry. Władca zwierza, ludzi, koni i wszelakich ludów od Dregowii, aż po Góry Kitmandzkie. Książę Czerwonej i Czarnej Tajgi, Ugorców, Czejenów, Saków i Daugrów.
– Skąd... gdzie skrywali się dotąd tacy... bestialscy ludzie?
Tym razem podniósł się i skłonił hospodar Podgoricy – Raresz, dawniej zwany Samodzierżcą, a od kiedy poznał się bliżej z mieczami Lędziców, już tylko kniazikiem. Człowiek okrutny i dziki jak sama Podgorica. Z szeroką gębą, rudawą brodą rozdzieloną na dwoje, bez lewego oka, w miejsce którego błyskał zielony kamień. Był obwieszony złotem jak pogański idol, lśnił mocniej niż jego suweren – król Lendii.
– Toooo nie ludzie, wielki królu. Słyszeliśmy o nich, wieści niósł wiatr. Przyszli z Dzikiego Wschodu, z miejsca, którego nie znamy. Przebyli długą drogę, nie zawrócą, z pewnością się nie zatrzymają.
– Zatem – Lazar uniósł w górę kielich – dobrze, że będziemy bić się z nimi na stepach, kiedy jesteśmy daleko od granic, zamiast pozwolić, aby przelali się przez góry jak wzburzone morze. Oby ta walka przyniosła mi spokojny sen w grotach królów-duchów w Koronie Gór.
– Tyś powiedział, panie – skłonił głowę Raresz. – Wasze zdrowie piję, królu ze Starej Gnieździcy i Skalnicy! Panie Dębu Rozejścia. Suwerenie Podgoricy, przyszły pogromco plugawego kagana Gorana, zwycięzco z Rabego Pola.
Wstawali po kolei – kniaziowie i panowie. Rycerze i kapłani.
– Mam nadzieję – rzekł słabo Lazar – że pod tym toastem nie skrywacie zdrady. I wszyscy jak jeden mąż ruszycie ze mną w bój, z którego nie możemy powrócić inaczej jak z tarczą zwycięstwa.
– Panie, cóż mówicie?! – wybuchnął Drahomir, palatyn Starszej Lendii. – Nie opuścimy ani tej ostatniej wieczerzy, ani bitwy.
Lazar spoglądał w ciemne oczy Mirczy, łowił pusty wzrok Swana, zaglądał w jedyne oko hospodara Podgoricy, patrzył na oblicza Drahomira, Chrystyna, Domarata, obok którego zasiadał Fulko i mężczyzna o posiwiałych włosach, szlachetnych rysach, krótkiej brodzie... Miłosz z Drużycy. On także spełnił toast za zdrowie króla. Zaciskał przy tym palce na kubku, aż pobielały. Nie chciał, by widzieli, że drżą.
– Dobrze, że jesteście...
Czambor czekał za królewskimi strażami. Siostrzan Miłosza był wysokim młodzieńcem o jasnych, podgolonych po rycersku włosach, zapiętym ciasno w ćwiekowaną przeszywanicę, z mieczem przy lewym boku i puginałem przy prawym. Na watowanej szacie miał tunikę z herbem – Liwą, to jest złotą gwiazdą wpisaną w cienką obrączkę półksiężyca na błękitnym polu. U jego boku czuwał tylko jeden sługa; ponury wąsal, który zawsze wykonywał wszystko z opóźnieniem, za to niewiele mówił, co się chwaliło.
– Witajcie, wuju – powiedział chrapliwym, ale miłym głosem. Rozejrzał się. – Sami u króla byliście? Bez ludzi?
– Chodź za mną – skinął Miłosz.
Ruszył przez obóz pogrążający się w ciemności. Niebo nad nimi było czyste, wymiecione z chmur, a ostatki wieczoru ginęły z tyłu, za Południowym Kręgiem Gór. Tam, na pobielonych szczytach panowała jeszcze zima, podczas kiedy na Rabym Polu zaczynała się już gorąca, stepowa wiosna. Bezkresny Step, pokryty wzniesieniami i długimi wałami wzgórz, podnosił się do życia młodą trawą, wzbijającymi się do lotu stadami dropi, cietrzewi i kuropatw, kluczami gęsi ciągnących za dnia ku górom. Przestrzenią szarobłękitnych obszarów i wzniesień rozwijających się pod kopytami konia jak różnobarwny kobierzec.
W obozie panował zgiełk. Przed namiotami ozdobionymi herbami, o masztach zwieńczonych wyrżniętymi w drewnie łbami koni i dzikich zwierząt, płonęły ognie i smolne szczapy w żelaznych klatkach. Spomiędzy szop i szałasów zrywał się czasem targający zmysłami brzęk młotów, kiedy kowale i mistrzowie kuli podkowy, poprawiali zbroje, hełmy i szyszaki, pancerzownicy łatali kolczugi i czepce. Słudzy krążyli z wiadrami, poili wierzchowce; woń koni, dzika, zwierzęca, obiecująca gonitwę, walkę i lęk, wwiercała się w nozdrza, mieszała z kwaśnym swądem dymu.
– Ochota jest do walki, wuju – powiedział Czambor. – Nie mogę się doczekać bitwy i łupów; hungurskich koni, pancerzy, namiotów. Przecież kagan pije ze złota, nie z drewna!
– To twoja pierwsza bitwa, synu?
– Jestem pasowany, wuju! Sam palatyn Starszej...
– Bardzo jesteś pewien zwycięstwa.
– Bo jak to, wuju? Jak może być inaczej. Tyle rycerstwa to ja nie widziałem nawet... nawet we śnie. Rozgonimy tałatajstwo, rozpirzymy w cztery strony Weddy.
– Ostrogi dali ci chyba za głupotę.
– Jak?! Co wy mówicie! Przecież pobiłem, zwaliłem Draga, aż się ziemia zatrzęsła. Na turnieju w Starej Gnieździcy. Wuju, oj, gdyby tak mi inny człowiek powiedział, nie wy, to...
– To co byś mi zrobił?
– Wam nic. – Czambor przygryzł wargi. – Ojciec was słuchać kazał. To słucham. Wszystko, co złe, wypuszczam... drugim uchem.
Szli w milczeniu, spoglądając na obóz, na łopocące na wietrze chorągwie Lędziców, na ozdobione łbami dzików, wilków i turów stanice Montanów, Dregowiczów i Podgorican. Mijali namioty rycerskie i pańskie – okrągłe i obłe, dwu- i jednomasztowe. Zdobione wijącymi się jak węże ornamentami i tamgami.
Miłosz odezwał się dopiero, kiedy dotarli do jego skromnej kwatery. Dwa wozy, konie uwiązane do wbitych w ziemię bali, przeplecionych sznurami, ukryte pod płócienną szopą. Szeroki, długi namiot zdobiony herbem – Drużycą. Ognisko już dawno wygasło.
– Czambor, wezwałem cię, bo ci ufam. Tobie jedynemu.
– Wielki to honor, wuju, mój miecz jest...
– Nie potrzebuję miecza, ale twego rozumu. Jesteś młody, dzielny i porywczy, brak ci tylko rozsądku. Ale to przyjdzie z czasem, mam nadzieję.
Czambor nie zaprzeczył.
– Chcę cię o coś prosić: abyś zaopiekował się moim synem.
– Boicie się śmierci? Wy, sławny Miłosz z Drużycy? A mnie nazywacie głupim?
– Nikt nie wie, co nam jutro pisane. Syn ma pięć, nie... sześć wiosen. Jest w Drużycy, z moją... Z żoną.
– A bo to ja, niańka, wuju? Ja jestem od tego, żeby się bić, a nie bawić dzieciaki.
I wtedy Miłosz uchwycił go za przeszywanicę pod szyją. Mocno, drapieżnie, jakby zamiast palców wyrosły mu szpony.
– Bez gadania, bo furia mną trzęsie! – wykrzyknął. – Ciebie, jak byłeś dzieckiem, też ktoś wyniósł z płonącego dworu, kiedy mieliśmy wojnę z Dregowiczami. Inaczej byś tu nie stał, ty... ty... osiłku!
Szarpnął go i popchnął, potem cofnął rękę.
– Nie sierdźcie się... Ja tylko... Dlaczego nie polecicie opieki rodzonemu bratu, Pełce?
– Za dobrze się znają z Wenedą – uciął Miłosz. Potrząsnął głową, jakby pozbywając się złych wspomnień. – Moją wolę i słowo potwierdzi Prochor, starszy sługa, i brat Lotar z pustelni w Mogile.
– Cóż – Czambor wyraźnie nie był zachwycony, rozglądał się na boki, unikając wzroku Miłosza – jak mówiłem, ojciec kazał mi was słuchać i czcić. Więc szanuję i dlatego będę miał staranie o waszego syna.
– Pod przysięgą. Mów. Proszę...
Popchnął siostrzana, potem klepnął go w ramię z całej siły, a zaskoczony młodzieniec opadł na jedno kolano.
– Na miecz. – Czambor złapał za broń, wyciągnął ostrze z pochwy na dłoń. – W imię Praojca Jedynego i jego wspomożyciela Jessy, klnę się na mój rycerski honor, że przejmę opiekę nad waszym dzieckiem, choćbym je musiał zabrać z Drużycy do Dziedziców...
– Dziękuję. To wszystko.
– Naprawdę myślicie, że przegramy, wuju? Wy, królewski rycerz...
– Ja nie myślę, ja działam, mój drogi. Rzeczy się bardzo... splątały.
– A gdzie wasi ludzie? – Czambor rozglądał się po kwaterze Miłosza. – Konie niepoczyszczone, nie widać choćby miarki owsa, trawę spod nóg wyjadły. Gdzie Giewałt i Spytko? I tych trzech niewolnych, co ich zabieraliście na wyprawy? Ech, bić ich, bić kijem dębowym i patrzeć, czy żyją.
– Chyba uciekli.
– Giewałt? Giermek? Toż to gardłowa sprawa!
– Ano tak – pokiwał głową Miłosz. – Gardłowa sprawa. Dobrze to ująłeś.
– Przecież... – Czambor odrzucił płócienną pałubę osłaniającą od góry wnętrze wozu – zostawili broń. Pancerze, jaki? Niepoczyszczone, stara krew jeszcze jest.
Miłosz szarpnął za płótno, zarzucił, zakrył wóz. Nerwowo, nieskładnie.
– Nie zaprosicie na wino?
– Idź już, Czambor. Zostaw mnie samego. Myśl o chwale, jaką zdobędziesz jutro na Rabym Polu. I o moim synu. A pamiętaj, że nazywa się Jaksa.
Miłosz pochylił się nad wozem, podniósł okrągły, kanelowany, swarnijski hełm z zasłoną na twarz pozostawiającą otwory na oczy, podźwignął ciężki, szeleszczący pancerz zdobiony na naramiennikach płytkami. Jego ręka drżała, kiedy przerzucał go przez ramię. Szarpnął za sznur pałuby, uwiązał go do luśni przytrzymującej koło wozu. Potem odszedł do namiotu. Przed wejściem obrócił się jeszcze, pozdrowił Czambora skinieniem ręki. Wycofał się w mrok.
Jego blade, szlachetne oblicze znikło w ciemności jak lico upiora.
– Ech, wuju – rzekł Czambor sam do siebie. – Nie będzie ci dzisiaj tak miło, jak twej żonie Wenedzie, w łożnicy waszego dworskiego knezia... Arna.
Tego ostatniego nie powiedział na głos. Wszyscy już pewnie wiedzieli o tym, co działo się w domu najstarszego z rodu Drużyców. Ale Czambor nie powiedziałby tego wprost, nie wygarnąłby wujowi prosto w oczy, mimo całej pychy świeżo pasowanego rycerza. Ojciec kazał mu słuchać Miłosza i wykonywać jego wolę na tej wyprawie. A z rodzicem nie warto było zadzierać.
Miłosz wchodził do namiotu powoli, ostrożnie, by nie zawadzić o kobierzec, nie potknąć się o łoże z futer rzuconych na słomę. A może i dlatego, aby ostrzec coś lub kogoś, kto przyczaił się w ciemności.
– Drużyca! Drużyca! – powiedział, jakby się opowiadając.
Coś zaszeleściło; ktoś albo coś przebywało pod płachtą. Z kąta za stołem rozległ się szmer, szuranie. Zabłysło żółtawe światło, gdy zapalił się kaganek. Blask rósł, podniósł się, potężniał.
I razem z nim z rozłożonej na skórach i słomie maty podnosiła się postać złowroga jak cień.
Ogromny mężczyzna o śniadej cerze, długich, natłuszczonych wąsach. Nie człowiek, bo jego głowa była wydłużona, zwężająca się ku górze, oczy skośne i czarne, rysy dzikie. Włosy zgolone na czubku odrastały czarną szczeciną, po bokach zaplecione były w warkoczyki. Nosił gruby, brązowawy kaftan przeszywany grubą dratwą, zdobiony pozłocistymi wzorami po bokach. Miłosz wpatrywał się w niego, jakby tamten był zwierciadłem jego mrocznej i skrzywdzonej duszy.
– Hungurze – powiedział. – Dobrze, że ciągle jesteś.
– Ja Darkan Baatur – rzekł nieznajomy nieprzyjemnym, gardłowym głosem. – Nie obrażaj mnie, mówiąc do mnie jak do niewolnika, Lędzicu. Wypuścisz konia, możesz go jeszcze schwytać. Uronisz słowo za dużo, już go nie złapiesz.
Miłosz rzucił na stół hełm i kolczugę.
– Jutro rano założysz ten pancerz, oblicze skryjesz za zasłoną. Wyruszysz do walki u mojego boku, by nikt cię nie poznał. Nie odzywaj się, a zapytany pokazuj na mnie. Ja wszystko wytłumaczę i wyjaśnię.
– Będzie, jak gadaliśmy, Lędzicu.
– Dam ci miecz, żebyś nie zwracał uwagi.
– Wszystko, co masz, należeć będzie do kagana. A dziś zabiorę tylko to. – Baatur schylił się i podniósł z ziemi skórzany worek wypchany czymś obłym i ciężkim. – Twoja ukorzona duma wymości nam drogę do Gorana.
– Moja duma i moja cześć – wycharczał Miłosz. – Jutro z rana... wypełni się wszystko co do joty.
– Jeśli zdradzisz... – Hungur potrząsnął workiem – będziesz mi służył po śmierci. Jak oni. – Postukał paluchem w skórę.
– Nie trzeba mnie straszyć. Ja już jestem przeklęty. Z całym rodem, z duszą, z... – zawahał się – z moim ukochanym synem. Aż do dziesiątego pokolenia.
Z wielkiego, królewskiego namiotu wspartego na czterech masztach wyszedł w ciepły blask porannego słońca, na obóz znaczony u góry postrzępioną linią białych i czerwonych płacht, poniżej zaś żelazem hełmów i rycerskich pancerzy, spowity łopotem chorągwi i proporców. Król był w zbroi zwanej płatami, okrytej barwioną na brązowo i czerwonawo skórą, z herbem Lendii na krótkiej jace. Na głowie zamiast hełmu miał Dębową Koronę Wedów.
Królewski wojski Oldrzych już czekał przy Turmanie – wiernym koniu, wałachu białym jak mleko. Swarnijski wierzchowiec, wyniosły, o okrągłym zadzie, wielkiej głowie, tęgiej szyi i rozwianej grzywie. Okryty czaprakiem z królewskim herbem, Radaganem – złotą tamgą z mieczem w krwawym polu. Z czarno-siwym buńczukiem zwieszającym się pod szlachetnym pyskiem. Szła wiosna, konie gubiły sierść. Ziemia pod nogami pokryta była kłębkami białych włosów wyczesanych zgrzebłem.
Lazar miał zamyślone, puste oblicze. Pachołek przytrzymał wodze, wojski i giermek podali strzemię, podkładając splecione ręce pod lewą nogę króla. Podnieśli go, wywindowali na grzbiet konia, osadzili w kulbace zdobionej złotymi blachami i chwostami.
Król usiadł pewnie, rozparł się, choć wszystko w nim drżało; nie mógł znaleźć prawego strzemienia, dopóki nie włożył mu go na stopę giermek. Jednak gdy skinął na chorążego i trębacza, głos miał jak dzwon.
– Dajcie sygnał!
Poszła w górę ogromna chorągiew Starszej Lendii, rozwinęła się na wietrze, ukazując srebrny dąb stojący na zielonej górze. Wiatr złapał ją w objęcia, załopotał trzema długimi językami.
Ryknęła wielka trąba królewska, aż echo poszło między namiotami. Głos podchwyciły kolejne, roznosząc hasło po całym obozowisku. Zawtórowały im głucho bębny, huczały nisko, ciężko, aż czuć było skurcz w żołądku.
Król ruszył, jechał przez obóz pełen zgiełku. Płynął nad morzem zbrojnych ludzi, w chmurze chorągwi, w gąszczu i lesie wzniesionych rohatyn, włóczni i kopii. Z lewej miał Oldrzycha, z prawej palatyna Domarata Włastowica, za sobą giermków, czeladź i chorążego.
Wychodzili w pole; jak wolno toczące się rzeki pancernych jeźdźców – tak z obozu wylewały się gromady rycerzy, giermków i pachołków. Gromadzili się na wielkim błoniu, potem ciągnęli na pole przyszłej bitwy.
Szli niedaleko – ledwie pięć albo i osiem małych stajań poza obóz. Na rozległy teren opadający na południe, otoczony wzgórzami i skałami, spoza których prześwitywał Bezkresny Step. Miejsce, gdzie przestrzeń styka się z ziemią na widnokręgu, którego nie ogarniesz wzrokiem, a trawa wzbija się co roku coraz bardziej zielona. Gdzie kwiląc, krążyły orły i jastrzębie. Gdzie można było gnać bez celu, wędrować bez końca, od świtu do wieczora, od zimy do zimy, po kres wieczności, aż człowiek i koń roztopili się w zieleni traw i czystym błękicie nieba.
– Stój! – zakomenderował król. – Stawaj lewo, prawo!
Chorągwie ziemskie i rodowe Lędziców, pułki i sotnie Dregowiczów i Montanów zaczęły rozchodzić się, rozjeżdżać z kolumny w szyk bojowy, ustalony wcześniej na naradzie. Chorągwie łączyły się w hufy, po osiem–dziesięć w dwóch rzędach.
Lędziccy rycerze w szłomach z prostym nosalem, w szyszakach zdobionych na szczycie piórami, w okrągłych, gładkich łebkach z podpiętym, opadającym na ramiona czepcem kolczym jechali jak na biesiadę. Okryci płatami, kolczugami z narzuconymi herbowymi tunikami i jakami. Rozparci na mocnych, okrągłych koniach, stawali na prawo, pod Drahomirem, palatynem Starszej Lendii.
Królewscy wasale, książęta, kasztelanowie, chorągwie rodowe ściągali do środka, łącząc się z kopiami w szyku w płot, ściśnięci mocno, z giermkami i pachołkami za plecami.
Do lewego hufca szły chorągwie Młodszej Lendii. Na zwinnych koniach, śreniawitach, smukłych, kościstych, z zadami jak z żelaza, potrząsających niecierpliwie szlachetnymi, krótkimi łbami. W szeregach stawali rycerze w pancerzach, łuskach, zbrojnikach i ćwiekowanych przeszywanicach.
Za nimi, w posiłku zbierała się chorągiew gończa, a z prawej i lewej, za liniami, hufy lenników. Dregowicze z żelaznymi maskami na obliczach. Zbrojni w łuki, rohatyny i dzidy. U ich boków Podgoricanie na krępych, włochatych koniach, w skórzniach, skórach, uzbrojeni byle jak – w sulice, maczugi, kiścienie, krzywe miecze i topory. I Montanie – w zwierzęcych futrach, z tarczami z wizerunkami czaszek, kościotrupów, z zaklęciami na drewnianych tabliczkach zawieszonych na piersi i u szyi – mających chronić ich lepiej niż kute żelazo.
Z tyłu uwijała się piesza czeladź i piechota królewska. Formowali trzy wielkie kręgi zjeżone ostrzami włóczni, błyszczące od toporów. Skandińskie najemne drużyny okryte pancerzami, w hełmach z opaskami osłaniającymi oczy. Kiedy podnieśli tarcze, formując mur, mogłeś pomyśleć, że na szaro-brązowych polach zakwitło morze kwiatów.
Lazar wstrzymał Turmana i usłyszał chrzęst podkowy na kamieniu. Gdy spojrzał w dół, zobaczył, że koń stanął na ledwie widocznej spod stratowanej trawy skalnej płycie. Zabrudzony ziemią, obrośnięty mchami symbol na niej był niczym rozpłaszczony motyl. Znak Szlaku Nieba. Tego, który wychodząc z Kręgu Gór, przecinał Bezkresny Step, dążąc na wschód, do okrutnych krain, z których przed wiekami wyprowadził Wedów Jessa. Pozostały po nim głazy z napisami, których nie rozumiał nikt, ale tylko w pobliżu Lendii, bo w stepie znikały wśród pól, przestrzeni i trawy, być może zasypane piaskiem pustyni tam, na wschodzie.
– Najjaśniejszy panie! – wykrzyknął zdyszany posłaniec.
Król podniósł głowę. Daleko, na samym końcu rozległej równiny, przekreślonej szeroko rozlaną strugą płynącej wartko rzeczki... Za płaszczyznami upstrzonymi ciemnobrązowymi plamami porostów, od których miejsce to wzięło nazwę Rabych Pól, roiła się masa, mrowie postaci, zlewających się w nieprzeliczony tłum, w rozlewisko, w...
– Horda! – powiedział ktoś. – Hungurzy.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.
– Przebacz mi, ojcze, bo zgrzeszyłem. Obraziłem Boga następującymi grzechami... – Zwykle po tych słowach przestaję ich słuchać.
W końcu co mi powie Lis, ten dziewiętnastoletni rudzielec ze śladami trądziku na twarzy? Jak grzeszył? Gniewem? Trudno się nie wściekać. Obżarstwem? Przecież przymieramy tu głodem. Zabijał? Ja też. Przeklinał? Nic innego nie pozostało, jak tylko kląć w bezsilnej furii.
Chłopak mamrotał swoje grzechy, klęcząc z pochyloną głową obok pniaka, na którym siedziałem. Upierają się, żebym spowiadał ich tak, jak w konfesjonale, zamiast zwyczajnie porozmawiać. Zależy im na tych pozorach, choć żaden od dawna nie był w kościele. Wierzą, że pomogę zbawić im dusze, że po tej całej beznadziejnej walce będzie czekać na nich nagroda lub przynajmniej że nie spotka ich kolejna kara. Obiecuję im to, choć sam wtedy grzeszę kłamstwem. Bóg nie zwraca uwagi na nasze prośby. On słucha zwycięzców. Najpierw aryjskiej rasy panów, dziś czerwonych olbrzymów. Igrzyska trwają w najlepsze, a my jesteśmy jedynie najmarniejszym skomlącym pomiotem, rzuconym między nich na Jego arenie.
– ...proszę o pokutę i rozgrzeszenie. – Lis podniósł głowę i spojrzał na mnie.
– Bóg Ojciec Miłosierdzia, który pojednał świat ze sobą przez śmierć i zmartwychwstanie swojego Syna, niech ci udzieli przebaczenia, przez posługę Kościoła i ja odpuszczam tobie grzechy, w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego. – Po tylu latach wypowiadam tę formułę mechanicznie i bez zastanowienia.
– Amen. – Zawsze podobało mi się to westchnienie ulgi.
– Za pokutę odmów dziesięć Zdrowasiek i trzy Ojcze Nasz podczas czyszczenia broni. Pan odpuścił ci grzechy. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, idź w pokoju. – Pożegnałem go znakiem krzyża.
Chłopak wstał z klęczek, a ja dźwignąłem się z pniaka. Spojrzał na mnie spod rudej grzywki zielonymi oczami dziecka.
– Dziękuję, Ksiądz – powiedział i podał mi rękę.
– Nie ma sprawy. Idź czyścić karabin.
Odszedł, a ja wyciągnąłem papierosa. Odpaliłem go zdobyczną benzynową zapalniczką, zastanawiając się, czy rabowanie trupa podpada pod kradzież, jeśli się najpierw człowieka postrzeliło w brzuch, a potem dobiło bagnetem. Są na tym świecie rzeczy i sytuacje, o których nie uczą w seminarium... Zaciągnąłem się głęboko, wyrzucając z głowy takie rozważania. Nie jestem tu od myślenia, tylko od posługi. No i strzelania. Paliłem, a drzewa szumiały wokół w zapadającym zmierzchu. Polski las, dopóki my się w nim kryjemy. Polski, póki my żyjemy.
Chwilę później podszedł do mnie Bury. Dowódca oddziału, którego rangę można było rozpoznać jedynie po czapce. Mundur miał brudny i połatany, dokładnie taki sam, jak my wszyscy.
– Wyspowiadaj mnie, Ksiądz. – Jego oczy były spokojne jak zawsze, ale głos zdradzał niepokój.
– Aż tak źle? – zapytałem, gasząc niedopałek pod butem.
– Wrócił zwiad. Lekko nie będzie. – Bury zawsze był oszczędny w słowach.
Ponownie usiadłem, dowódca ukląkł i zaczął spowiedź. Zabijał. Pałał gniewem. Klął. Nic nowego. Wciąż te same grzechy, opowiadane wszystkowiedzącemu Bogu z prośbami o przebaczenie. Niekończąca się litania żalu, bólu i strachu, której nie słuchał już nikt oprócz mnie.
Bury skończył, a jego miejsce zajęła Czajka. Później Topol, Suchy, Kot, Zygfryd... Sęk pniaka boleśnie wbijał mi się w tyłek, ale wiedziałem, że wyspowiadam dziś ich wszystkich. Sam nie opowiem moich występków nikomu. Bóg i tak o nich wie, tyle tylko, że ma je w dupie.
Dowódca zarządził zbiórkę po zmroku. Staliśmy skupieni wokół ogniska. Cały pluton, w sumie około pięćdziesięciu osób. Bury mówił już spokojnym głosem, jakby planował defiladę.
– Wróciło rozpoznanie z Psigacic. Główne siły czerwonych opuściły miasteczko, zostały dwa plutony, na oko z osiemdziesięciu ludzi. Ze sprzętu zostawili sobie jeden czołg i haubicę. Wygląda na to, że zamierzają tam obozować dłużej. Ich zadaniem jest prawdopodobnie wytropienie i wyeliminowanie nas i innych grup. Dlatego przywitamy ich pierwsi.
Lekki szmer rozniósł się wśród żołnierzy, ale w sumie nikt nie był szczególnie zaskoczony. Lepiej walczyć, niż czekać, aż zagonią cię jak zwierzę i zarżną.
– Nie spodziewają się ataku, myślą, że jest nas tutaj znacznie mniej – kontynuował. – Uderzamy o piątej nad ranem z dwóch stron. Hrabia z jedną drużyną od zachodu, reszta ze mną od południa. Lasem możemy podejść właściwie aż pod pierwsze budynki. Wchodzimy po cichu, jak najdłużej bez strzelania. Zdejmować wartowników bagnetami. Staramy się spotkać przy szkole, to duży parterowy budynek, czerwoni urządzili sobie w nim koszary. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, podejdziemy tam niezauważeni. Wtedy wrzucamy przez okna granaty i walimy do uciekających. Jasne?
– Tak jest. – Ciche głosy zdawały się wyrażać powątpiewanie, że wszystko pójdzie tak łatwo.
– Moja drużyna wyrusza o trzeciej. Hrabia po godzinie. – Odprawa dobiegła końca.
W obozie zapanowała cisza. Każdy, czyszcząc broń, jak mantrę powtarzał swoją pokutę. Zaklinali swoje karabiny i pistolety, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Ostrzyli i polerowali bagnety w rytm kolejnych Zdrowaś Mario, aby nie zawiodły ich w jutrzejszej walce.

* * *

– Ksiądz, wstawaj. Już czas. – Bury potrząsnął mnie za ramię, wyrywając z płytkiej drzemki. Dziwne, myślałem, że nie zasnę, zwykle przed akcją mam z tym problemy. Widać wszystko z czasem powszednieje, zabijanie i groźba śmierci również.
Jesienna noc była chłodna. Nad ściółką wilgotny opar mgły przelewał się wśród pni. Szybkimi ruchami rozgrzałem zastałe z zimna mięśnie i podążyłem z oddziałem.
Nocny las nigdy nie jest cichy. Ożywa głosami zwierząt śpiących za dnia, szepce wiatrem poruszającym korony drzew i cicho śpiewa wodą w niewielkich strumieniach.
Starając się nie zakłócać tych melodii, brnęliśmy przez ciemny bór w kierunku miasteczka. Szedłem w drużynie Burego, obchodzącej Psigacice tak, żeby wejść od południa. W nikłym świetle szarzejącego przedświtu potykałem się o wystające korzenie, starając się skupić wyłącznie na marszu. Mocno zaciskałem szczęki, czując, jak żołądek z nerwów podchodzi mi do gardła. Może i przyzwyczaiłem się już do tej beznadziejnej walki, ale i tak przed potyczką zawsze chciało mi się rzygać.
O czwartej trzydzieści dotarliśmy na miejsce. Zagajnik podchodził prawie pod same zabudowania, byliśmy więc dobrze osłonięci. Kryjący się za kępą zarośli Bury przywołał nas gestem. Kucnęliśmy wokół niego, gotowi wysłuchać ostatnich rozkazów.
– Lis, Czajka, Ksiądz, Suchy i ja ruszymy przodem. Rozsypujemy się między budynki, zdejmujemy czerwonych bez hałasu. Każdego z nas ma ubezpieczać z tyłu dwóch ludzi. Zaczynamy strzelać w ostateczności. Kierujemy się w stronę centrum, do ratusza.
Ostatnie pół godziny oczekiwania jest zawsze najgorsze. Strasznie chciało mi się palić, ale musiałem się powstrzymać. Kucałem w zaroślach, żując młodą gałązkę świerku, a nerwy miałem napięte jak postronki. Wreszcie Bury kiwnął na mnie ręką i ruszyliśmy w stronę pierwszych zabudowań.
Psigacice to nieduże miasteczko. Nie było tu widać śladów walk, „wyzwoliciele” weszli długo po ucieczce Niemców. Teraz wkraczaliśmy my, aby wyzwolić choć kawałek Ojczyzny od nowego najeźdźcy.
Pochylony podbiegłem do tylnej ściany najbliższego budynku. Bury szedł po mojej prawej, Czajka zwinnie przekradała się z lewej. Lisa i Suchego nie widziałem, pewnie zostali gdzieś dalej. Przypadłem do ściany i wyjąłem bagnet z pochwy. Długie ostrze zalśniło w pierwszych promieniach wschodzącego słońca. Ruszyłem, starając się stąpać jak najciszej. Straciłem resztę drużyny z oczu, ale wiedziałem, że właśnie rozchodzą się po miasteczku, cicho siejąc śmierć.
Pierwszego trupa zobaczyłem tuż za rogiem budynku. Całkiem jeszcze żywy, stał tyłem do mnie, paląc papierosa. Zbliżyłem się bezszelestnie i wbijając ostrze od spodu w żuchwę, zamieniłem go w stygnące ciało. Chciałbym powiedzieć, że poczułem, jak dusza z niego ucieka, ale ruscy żołnierze chyba jej nie mają. Jedyne, co z niego się wydostało, to strumień ciepłego moczu plamiący spodnie munduru. Cicho ułożyłem zwłoki na ziemi i ruszyłem dalej. Przemykałem od ściany do ściany, cały czas kierując się w stronę centralnego placu. Wychodząc zza kolejnego narożnika, wpadłem wprost na następnego czerwonoarmistę patrolującego ten teren. Spojrzał na mnie równie zdziwiony co ja, jego wzrok zawiesił się na ociekającym krwią bagnecie w mojej dłoni. Oprzytomniałem ułamek sekundy wcześniej i tylko to uratowało mi życie. Skoczyłem, łapiąc go lewą ręką za twarz i dźgając w szyję. Powaliłem na plecy, wyszarpnąłem ostrze i dziabnąłem jeszcze raz. Zbryzgała mnie gorąca krew, ciało zwiotczało. Leżałem na nim jeszcze chwilę, nasłuchując. Wyglądało na to, że naszej szamotaniny nikt nie usłyszał. Podniosłem się i zobaczyłem, że zza sąsiedniego budynku obserwuje mnie Czajka. Pomachała do mnie i złączyła palec wskazujący z kciukiem w geście gratulacji.
Ruszyliśmy dalej w ciszy. Dotarłem do ostatnich zabudowań przed głównym placem. Cały czas nie było słychać strzałów, wszystko wskazywało na to, że akcja przebiega dokładnie tak, jak zaplanował Bury. Wyjrzałem za róg i rzuciłem okiem na rynek. Na jego północnej linii stał niewielki barokowy kościółek, od wschodu spory parterowy ratusz, obok którego zaparkowany był czołg T-34. Placyk był pusty, jeśli nie liczyć dwóch strażników przy wejściu do tymczasowych koszar. Obok świątyni zobaczyłem przemykające postacie, pewnie drużyna Hrabiego. Pochyleni, unikając wzroku warty, kierowali się w stronę ratusza. Za mną zupełnie znikąd znalazł się Bury. Zawsze dziwiło mnie, jak facet jego postury może poruszać się tak zwinnie.
– Biorę ludzi z granatami i idziemy. Jak się zacznie, ruszajcie w stronę drzwi i walcie do uciekających – szeptem wydał krótki rozkaz i już go nie było.
Chwilę potem poranną ciszę rozdarły odgłosy wybijanych szyb i głośne wybuchy. Ułamek sekundy później strażnicy przy drzwiach padli martwi na ziemię, ustrzeleni przez snajperów drużyny Hrabiego. Wypadłem na plac, ściągając z pleców karabin. Schowałem się za niskim murkiem i wymierzyłem. Czerwonoarmiści, których nie załatwiły granaty, zaczęli wybiegać z budynku, a my otworzyliśmy ogień. To była malownicza rzeź, przy wąskim wejściu rosła sterta trupów. Eksplozje wewnątrz wyganiały ludzi wprost pod nasze lufy.
Pierwszy olbrzym wypadł z domu po lewej. Wyglądał przerażająco. Miał na oko ze trzy metry wzrostu i pepeszę w każdej ręce. Rycząc dziko, strzelał, zupełnie nie szukając osłony. Pokrył ogniem połowę placu, trafiając kilku z naszych, a resztę zmuszając do przerwania kanonady i ukrycia się. Wystawiając lufę ponad murkiem, starałem się strzelać w jego kierunku, ale nie widziałem, z jakim skutkiem. Schowałem się i przysiadłem za osłoną, żeby założyć nowy magazynek, gdy drzwi domu za mną wyleciały z zawiasów. Wyszedł z niego drugi wielkolud i od razu zgarnął kilka trafień w brzuch od Czajki, kryjącej się nieopodal.
Pociski przeszywały jego mundur i szarpały ciało, widziałem, jak wokół bryzga krew. Olbrzym zdawał się tym nie przejmować. Odwrócił się w stronę dziewczyny i z rykiem zaczął biec do niej, wymachując dwoma bagnetami wielkości sporych mieczy. Widziałem wszystko jak w zwolnionym tempie. Czajka poderwała się do ucieczki, magazynek mojego karabinu wreszcie z kliknięciem wskoczył na miejsce. Puściłem skoncentrowaną serię w plecy potwora, wypruwając połowę amunicji. Pociski pewnie strzaskały mu kręgosłup, ale on tylko zatrzymał się i powoli obrócił w moją stronę. Spojrzał na mnie, a jego ogromną twarz wykrzywił grymas przypominający uśmiech. Zrobił ku mnie kilka kroków, znów zacząłem strzelać. Ręce latały mi na boki, trafiłem go może ze dwa razy, zanim karabin się zaciął. Gigant zrobił kolejny krok do mnie, gdy desperacko szarpałem zamek broni. Spod munduru wyśliznęły mu się sine sploty jelit. Odrzucił jeden miecz i wolną ręką złapał wnętrzności, próbując wepchnąć je z powrotem do brzucha. Cały czas przy tym szedł, nie spuszczając ze mnie wzroku. Suwadło w końcu puściło z metalicznym trzaskiem, posłałem krótką serię w napastnika. Celowałem w głowę, ale pociski w większości chybiły celu. Jeden lub dwa z nich rozdarły mu tylko skórę na policzku. Czerwonoarmista puścił swoje trzewia, które upadły na ziemię z paskudnym mlaśnięciem, i zamachał ręką, jakby chciał odgonić muchę. Ponownie nacisnąłem spust, ale magazynek był już pusty. Wyszarpnąłem z kabury pistolet, lecz w tej samej chwili czaszka olbrzyma eksplodowała, trafiona przez snajpera. Bezgłowe monstrum zrobiło jeszcze dwa kroki, opadło na kolana i potem na twarz na ziemię. Zdałem sobie sprawę, że na placu zapadła dzwoniąca w uszach cisza.
Pozbierałem się i stanąłem na chwiejnych nogach. Rozejrzałem się, nasi żołnierze opuszczali kryjówki, wychodząc na dziedziniec. Wszystko wskazywało na to, że wygraliśmy. Zgiąłem się wpół i zwymiotowałem. Czując w ustach żółć i trzęsąc się od wypalonej adrenaliny, niemal obrzygując sobie buty, cieszyłem się, że nie zginąłem.
– Sprawdzić teren, dobić rannych. Naszych opatrzyć. Hrabia, raport strat. – Bury już wykrzykiwał rozkazy.
Z domów zaczęli ostrożnie wychodzić cywile. Wystraszone oczy ludzi, którym udało się przetrwać Niemców i Rosjan, spoglądały na nas nieufnie. Nie dziwiłem się im – nie wiedzieli, czego się po nas spodziewać, więc oczekiwali najgorszego.
Bury odnalazł burmistrza i wszedł z nim do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz